Interes życia

I

El Bhurag miał powody ku temu, aby się cieszyć dobrym samopoczuciem.

Dzień dopiero się rozpoczął, a w progach sklepu już stanął pierwszy klient. Przeraźliwie szczupły człowieczek w odzieniu ubogiego skryby rozejrzał się po otaczających kontuar półkach, jawnie zdradzając niepewną miną brak zdecydowania. Rozparty w swym masywnym drewnianym siedzisku kupiec postanowił przełamać wyczuwalne wahanie gościa uśmiechając się do niego szeroko.

Uśmiech ten odniósł zwyczajowy skutek, ponieważ uzębienie el Bhuraga sprowadzało się do trzech ostatnich już siekaczy, tkwiących w jego dziąsłach na podobieństwo pożółkłych ułomków kości. Człowieczek w stroju skryby cofnął się o krok łapiąc rękami zdjętą chwilę wcześniej z głowy myckę i miętoląc ją palcami.

– Witaj, przyjacielu! – zadudnił groteskowo otyły półork pochylając się nad kontuarem – Przybywasz, aby kupić oręż czy też jesteś człowiekiem nauki i sztuki? Mam miecze i tarcze, mam gęsie pióra i pędzle, mam wszystko, czego tylko zapragniesz! Czegokolwiek potrzebujesz, kupisz to właśnie u mnie!

– Ja tylko chciałem popatrzeć…

– Popatrzeć! – ryknął el Bhurag pryskając na gościa niezamierzenie drobinkami gęstej śliny – Patrzenie jest niedobre! Od patrzenia w sakiewce mi nie przybędzie, znów przyjdzie od gęby sobie odejmować!

– Wybacz, panie – w rozbieganych oczach pisarczyka pojawiło się czyste przerażenie, a jego obute w sandały stopy poczyniły następnych kilka kroków w tył – Chyba nie zabrałem ze sobą dość dutków…

– Nic nie szkodzi! – zadudnił basem kupiec wtłaczając sporą część swego odzianego w powłóczyste szaty brzuszyska na blat kontuaru – Pokaż jeno, ile masz, a ja już ci znajdę coś, co będzie ową sumkę warte!

Człowieczek nie odrywał wzroku od górującego ponad nim półorka, toteż próbę czmychnięcia ze sklepu przypłacił bolesnym zderzeniem ze stertą ułożonych jedna na drugiej skrzyń, okutych na domiar złego ciężkim żelazem.

– Nie czyń sobie zbędnego zachodu, panie – wykrztusił skryba łapiąc się za obolały łokieć – Przyjdę w innym dniu…

Ciężkie dębowe drzwi sklepu zatrzasnęły się z hukiem tak donośnym, że nieszczęsny pisarczyk aż podskoczył w górę, a jego spanikowane spojrzenie zatrzymało się na krępych sylwetach kilku niemych pomagierów kupca, zmaterializowanych opodal zamkniętego wejścia na podobieństwo wypuszczonych z butelek dżinów.

– Przykro mi, przyjacielu – rozłożył szeroko ręce el Bhurag – Chwilowo mamy zamknięte.

– Ale… ale to znaczy… że nie mogę wyjść! – skonkludował dźwięczącym zgrozą głosem pisarczyk.

– Cóż za trzeźwość umysłu i pełna logiki dedukcja! – uśmiechnął się ponownie tłusty półork – A skoro tak, może w międzyczasie zastanowimy się nad tym, czy aby jednak byś czegoś nie kupił, mój drogi przyjacielu.

Pisarczyk westchnął tak ciężko, że waga owego westchnienia wyrażona w imperialnej jednostce masy zapewne przekroczyłaby dalece ciężar krasnoludzkiego grobowca. Jeden z zarośniętych ponurych osiłków przy drzwiach wyłamał sobie z trzaskiem kostki.

– Niechaj się dzieje wedle woli bogów – wymamrotał nieszczęsny skryba sięgając drżącymi palcami po lichą sakiewkę uwieszoną u swego pasa.

II

Gwarne życie tętniące na wąskich uliczkach Placu Karczemnego doprowadzało Olberta Regasta do szału. Bogato odziani przybysze z wszystkich zakątków Kartarii tłoczyli się w niezliczonych zajazdach i karczmach Ostrogaru, świętując hałaśliwie i bez końca ostatni miesiąc roku i wznosząc toasty na cześć boskiego By-Rygyna Szóstego, pana i władcy Imperium Katanów. Wytrząsane z pękatych trzosów monety toczyły się z miłym dla ucha brzękiem po kontuarach: imperialne katanki, osmundzkie olardy, tabadańskie dinoniry i rhundy z dalekiego południa. Jadło i napitki zdawały się sunąć nieprzerwanym ciągiem na szturmowane nieustannie stoły, a sprzedajne dziewki słaniały się coraz częściej na nogach wyczerpane znojem świadczonych ustawicznie usług.

Olbert Regast mógł na to wszystko jedynie zazdrośnie spozierać, sącząc rozcieńczone do granic możliwości tanie piwo i drapiąc się w kroczu na widok skąpo odzianych ladacznic o ukarminowanych sutkach. Ostatnie pięć lat włóczęgi okazało się dla ambitnego osmundzkiego najemnika ciągiem coraz boleśniejszych niepowodzeń. Każda kolejna inwestycja rozsypywała się w proch, towarzysze broni ginęli lub odchodzili zniechęceni złą passą, astrologowie roztaczali przed Regastem posępne i mało czytelne wizje, a kapłani mający dość czasu, by wysłuchać jego narzekania sugerowali całkowite poświęcenie się bogom ku odkupieniu wszelkich dotychczasowych grzechów.

Olbert Regast nie zamierzał pościć na schodach przybytku Asteriusza ani biczować się przed ołtarzem Seta, nie w głowie było mu skromne życie świątynnego posługacza. Kładąc na szalę ostatnie oszczędności przybył w miesiącu świątecznym do Ostrogaru, aby w bezliku podobnych sobie awanturników znaleźć chętnych do kolejnej szaleńczej wyprawy, czy to w Góry Tryglodytów po ukryte tam skarby czy na południowe morza po perły strzeżone przez czarne trytony.

Lecz wytarty postrzępiony płaszcz, dziurawe buty i stary kord noszony w prostej pochwie nie czyniły Osmundczyka dobrym kompanem, podobnie jak świecąca pustkami sakiewka. Wędrując tłocznymi uliczkami Placu Karczemnego zawędrował o poranku ostatniego dnia świąt na sam kraniec dzielnicy, w okolice ceglanego muru odgradzającego kwartały kupców i szynkarzy, zbrojmistrzów i płatnerzy oraz jubilerów i złotników od cieszącego się bardzo niedobrą sławą Chłopskiego Krocza, dzielnicy biedoty pełnej błotnistych uliczek i rozpadających się domostw, na progach których wysiadywali ludzie i mieszańcy krwi o złych oczach i ukrytych w rękawach sztyletach.

Zatopiony w posępnych myślach Regast oderwał wzrok od wielkiego obłoku rozciągającego się ponad miastem, migoczącego tu i ówdzie w promieniach słońca nęcącym blaskiem niezwykłych skarbów znajdujących się poza zasięgiem rąk zwykłych śmiertelników. Osmundczyk znał już na pamięć wszystkie plotki dotyczące fascynujących przybyszów z Archipelagu Wschodniego, którzy zjawili się w pałacu By-Rygyna Szóstego przybywając do Kartarii w złotych domach wzniesionych na chmurach. W jednych opowieściach goście z legendarnego Balarionu byli dżinami, w innych orkami o anielskich skrzydłach, jeszcze inni dyskutanci dowodzili ich niezbitych rzekomo więzi ze smokami. Nikt rzecz jasna nie ujrzał ani jednego z tajemniczych Madirów na własne oczy, ale nie przeszkadzało to nikomu w najmniejszym stopniu w snuciu fantazyjnych dywagacji na ich temat.

Regast westchnął ciężko na myśl o złotym mieście w chmurach, omiótł spojrzeniem uliczkę, na której panował ruch znacznie mniejszy niż w innych częściach Placu Karczemnego, a zatem graniczącą najwyraźniej z Chłopskim Kroczem. Wzrok Osmundczyka zatrzymał się na frontonie kamiennego domu o malutkich zakratowanych okienkach i ciężkich okutych żelazem drzwiach, nad którymi wisiał stary szyld o częściowo nieczytelnej nazwie.

Mrużąc oczy najemnik odczytał na głos ostatnie słowo. …”Bhuraga”.

Dźwięk owego słowa obudził w mężczyźnie niejasne wspomnienie. Ledwie wieczór wcześniej w jednej z knajp Karczemnego Placu oparty o ścianę Regast przysłuchiwał się ze znużeniem pijackiej rozmowie kilku obieżyświatów. To wtedy jeden z nich wymienił nazwisko el Bhuraga, tajemniczego kupca ze skraju Placu, który rzekomo posiadał w swym wielkim składzie wszystko, czego śmiertelnik mógłby sobie zażyczyć: broń i pancerze, starożytne księgi i pergaminy, zwoje z formułami czarów, amulety i talizmany, ba, nawet stwory żywe lub nieżywe, podług życzenia i upodobań kupującego.

Wiedziony nie do końca zrozumiałym impulsem awanturnik pchnął ciężkie drzwi i wszedł do ciemnego wnętrza składu.

III

Człowieczek w stroju ubogiego pisarczyka opuścił sklep el Bhuraga po niedługim w nim pobycie, odprowadzony za drzwi przez niepokojąco uczynnych pomagierów kupca i przyciskający do piersi niczym największy skarb pociesznie wymięty kapelusz oraz pogryziony przez mole stary płaszcz. Obydwa nabytki, zachwalane przez półorka z zapałem godnym strojów przynależnych ostrogarskiemu dworowi, okazały się warte dokładnie tyle, co zawartość sakiewki pisarczyka: cała zawartość sakiewki co do ostatniego miedzianego pieniążka na samym jej dnie.

El Bhurag cisnął trzymane w tłustych palcach monety do otwartej na oścież drewnianej skrzyni u swych stóp, z lubością wsłuchując się w metaliczny stukot wpadających do środka pieniędzy. Czasami dla poprawienia sobie humoru wsadzał do skrzyni bose stopy, zanurzając je w rozkosznie chłodnych pryzmach monet i snując fantazje na temat swego rosnącego bogactwa. Prowadził swój sklep od tak dawna, że stracił już zupełnie rachubę lat, a interes kwitnął bez końca. Towary pojawiały się i znikały, przynoszące przez żebrzących o gotówkę przybyszów z całej Kartarii i skupowane za bezcen, później zaś sprzedawane po iście lichwiarskim przeliczniku nowym nabywcom, najczęściej nie do końca za obopólną zgodą. Półork nie obawiał się zbytnio konsekwencji swego procederu. Zadawał się z klientami, którzy albo byli zbyt bojaźliwi, by mu się przeciwstawić albo nie żyli dość długo, by zdążyć powrócić z reklamacją. Kilkunastu posępnych i milkliwych mieszańców krwi z pobliskiego Chłopskiego Krocza od lat dbało o spokój i porządek w sklepie pryncypała, samym swym widokiem skłaniając wielu niezdecydowanych gości do zakupu rzeczy, które niekoniecznie były im do czegokolwiek potrzebne. Czasami zabijacy znikali, ale ich miejsce zawsze zajmowali nowi, sprowadzani przez pozostałych kamraci, kuzyni i pociotkowie gotowi za kilka miedziaków zarżnąć każdą wskazaną im przez el Bhuraga ofiarę.

Półork od wielu lat praktycznie nie opuszczał swego interesu, jedynie na czas spoczynku lub posiłków drepcząc do usytuowanej na zapleczu części mieszkalnej kamienicy. Nie potrzebował świeżego powietrza ani spacerów po stołecznych uliczkach, nie potrzebował gwaru ludzkich rozmów w porcie ani muzyki wędrownych gęślarzy. Wszystkie jego potrzeby zaspokajał sklep i prowadzony w nim handel. Nie miał rodziny i wcale za nią nie tęsknił, ograniczając jakiekolwiek więzi względem bliźnich do chłodnych stosunków ze swymi sklepowymi zbirami.

Plotki docierały do niego z rzadka i nie budziły większej ciekawości. Historia powtarzała się z nużącą cyklicznością: wojny wybuchały i kończyły się raz po razie, bunty były topione we krwi przez katańskich żołnierzy, dworskie skandale przypominały jako żywo te, które miały miejsce ledwie rok wcześniej. Nawet przyniesione przez jednego ze strażników wieści o zamorskiej wizytacji w pałacu nie poruszyły el Bhuraga w znaczącym stopniu. Mrukliwy na co dzień drab z wypiekami na twarzy opowiedział swemu rozpartemu w siedzisku pryncypałowi o złotym mieście w chmurach unoszącym się ponad Ostrogarem, przynoszącym na swych obłokach balariońską delegację mającą uświetnić swą obecnością obchody miesiąca świątecznego. Słuchając jąkającego się niczym spłoniona mieszczka obwiesia ork uśmiechał się ledwie do siebie, wspominając z rozrzewnieniem pewnego uwięzionego w lampie pomniejszego Madira, którego kupił lata temu za grosze od zdziwaczałego rybaka i odsprzedał z wielkim zyskiem ostrogarskiemu mistrzowi magii.

Cały spokojny i uporządkowany świat el Bhuraga sprowadzał się do zagraconego niemiłosiernie sklepu i pechowych klientów, którzy zbłądziwszy w jego progi wychodzili na ulicę z nowymi nabytkami lub nie wychodzili wcale.

IV

Olbert Regast potrząsnął ze zdumieniem głową, wodząc szeroko otwartymi oczami po wnętrzu ciemnego składu. Każdy metr kwadratowy przestrzeni wydawał się zajęty przez towary upakowane w pryzmy pnące się ku sufitowi. Pod samym sufitem wisiały w powietrzu setki hełmów o rozmaitych kształtach i rozmiarach, uwiązane na cieniutkich rzemykach pod belkami stropowymi. Przechodząc pod nimi Osmundczyk spostrzegł, że wiele z tych nakryć głowy naznaczonych było szramami i dziurami na tyle wielkimi, by snuć przypuszczenie, że poprzedni ich właściciele rozstali się ze swymi hełmami już po śmierci. Ściany, regały, półki i szafy sklepowe pełne były wszelakich dóbr, starych i nowych, wykonanych rękami ostrogarskich rzemieślników i przybyłych z krańców Kartarii. Regast przeciągnął wzrokiem po wiszących na ścianach krasnoludzkich toporach, wybornych elfickich łukach i zwykłych hobbickich procach za złamanego srebrnika, pogrzebał przez chwilę w stercie spodni o wszelakich rozmiarach i kolorach. Otaczające go regały zastawione były zrolowanymi kocami, kotłami, alchemicznymi untensyliami, skrzyniami pełnymi gwoździ, złożonymi częściowo dywanami, młotami kowalskimi, płachtami pociętych nierówno pergaminowych kart, szklanymi słojami, w których pływały zakonserwowane części ciał istot rozumnych i dzikich bestii oraz tysiącem innych przedmiotów ledwie rozpoznawalnych w słabym świetle rzucanym przez blask słońca wpadający do wnętrza składu przez wąskie okienka.

Idąc w kierunku kontuaru jedną z wyznaczonych poprzez skład ścieżek mężczyzna dostrzegł siedzącą w drewnianym meblu nieruchomą postać, groteskowo otyłą i obserwującą niemo zbliżającego się klienta. Nagłe poruszenie przy podłodze osadziło Regasta w miejscu, kiedy coś niewielkiego i pokrytego chityną wciągnęło pod stertę kobierców leżący przy nich zaśniedziały naszyjnik. Mężczyzna przykucnął na chwilę próbując dojrzeć w półmroku stworzenie, które naszyjnik porwało i wtedy poprzez szczelinę między regałami jego wzrok natrafił na coś, co odjęło odważnemu na co dzień najemnikowi mowę.

W sąsiednim przejściu pomiędzy pełnymi towarów regałami siedział na podłodze przykuty łańcuchem do ściany szkielet, kręcący powoli czaszką i przekładający z dłoni do dłoni pusty metalowy kubek. Zaskakujący w tym miejscu widok martwiaka sprawił, że Osmundczykowi wręcz zaschło w gardle, a krew dla odmiany uderzyła mu do głowy. Wyczuwając obecność żywej istoty szkielet odwrócił w stronę człowieka swą ziejącą pustymi oczodołami czaszkę i kłapnął donośnie szczękami. Regast zerwał się z kucek i przełknął głośno ślinę.

– Witaj, przyjacielu! – zadudnił półork siedzący dotąd cicho za kontuarem &- Przybywasz, aby kupić oręż czy też jesteś człowiekiem nauki i sztuki? Mam w swoim składzie wszystko, czego tylko mógłbyś zapragnąć.

Olbert Regast oddalił się pośpiesznie od regału, za którym bawił się metalowym kubkiem skuty łańcuchem szkielet, podszedł do właściciela tego niezwykłego przybytku walcząc z natłokiem kłębiących się w głowie myśli. Skoro ów Bhurag miał w swym magazynie nieumarłych, być może prawda kryła się również w reszcie opowieści na jego temat? Może rzeczywiście miał na sprzedaż starożytne mapy wiodące do nieznanych dotąd Labiryntów Śmierci i pirackich skarbów, eliksiry zapewniające nieśmiertelność i księgi pozwalające posiąść wiedzę absolutną?

– Co cię sprowadza w me skromne progi, przyjacielu? – zapytał ponownie półork, kiedy Osmundczyk stanął przed jego kontuarem – Wyglądasz mi na człeka obytego z żołnierskim rzemiosłem, tedy mniemam, że rzecz idzie o niezbędne w tym fachu narzędzia.

– Zaiste trafne spostrzeżenie – najemnik wyprostował się mimowolnie słysząc słowa kupca, zadowolony z faktu, że wciąż jeszcze na pierwszy rzut oka rozpoznawano w nim duszę wojownika – Wyruszam niedługo na kolejną wyprawę, lecz muszę wpierw poczynić stosowne przygotowania.

El Bhurag uśmiechnął się szeroko prezentując w całej okazałości resztki swych zębów. Osmundczyk z trudem powstrzymał się przed grymasem odrazy, próbując nie zwracać uwagi ani na puste dziąsła półorka ani na jego chorobliwie wielką tuszę, wylewającą się brzusznymi fałdami na blat kontuaru.

– Mam tutaj wszystko, co tylko może się wojakowi przydać – zapewnił swego gościa kupiec – Szukasz może dobrej broni?

– Owszem – przytaknął bez większego przekonania Regast, nie chcąc się przyznać, że w zasadzie nawet nie wie, co go do tego dziwnego składu przywiodło. Kupiec rozdziawił ponownie swą odrażającą gębę, uśmiechając się z zadowoleniem i macając tłustą ręką po pryzmie spiętrzonych przy kontuarze worków. Łapiąc jeden z nich półork wyciągnął ze środka długi miecz o prostej obosiecznej klindze.

– Patrz i podziwiaj – oświadczył patetycznym tonem unosząc ostrze przed sobą – Oto miecz tana Mobacha.

– Tana Mobacha? Nigdy o nim nie słyszałem.

– Jego legenda znana jest jedynie garstce wtajemniczonych – odpowiedział konspiracyjnym tonem półork.

Olbert Regast ujął podany mu miecz, podrzucił go w dłoni ważąc ostrze i wodząc po nim wzrokiem. Broń nie wywarła na nim dobrego wrażenia: klinga wymagała naostrzenia, a na dodatek pokrywała ją cienka warstewka brudu wżartego w płytkie grawerunki tuż przy jelcu.

– Dziękuję, nie jestem zainteresowany – potrząsnął głową Osmundczyk wyciągając dzierżącą miecz rękę z powrotem w stronę kupca.

– Jeszcze nie jesteś, przyjacielu, ale to zaraz się zmieni – uśmiechnął się el Bhurag – Wiedz, że ów niezwykły miecz jest magiczny.

– Magiczny? – powtórzył z ewidentnym niedowierzaniem w głosie Regast – Jesteś tego pewien?

– Klnę się na cnotę swych córek, przyjacielu – wymyślił naprędce wierutną bzdurę półork – Czy widzisz te grawerunki przy jelcu? To nie są znaki płatnerskie jak by się mogło wydawać, tylko magiczne runy o bardzo niezwyczajowych kształtach.

V

El Bhurag nie posiadał się wręcz z radości. Stojący przed kontuarem cudzoziemiec, mówiący w orklashu z wyraźnym obcym akcentem, dał się nabrać na gładkie kłamstwa półorka z równie bezbrzeżną naiwnością, co setki jego wcześniej oszukanych pobratymców. Osmundczycy, Tabadańczycy, Awarimczycy, Gutumowie – wszyscy oni przyjeżdżali do legendarnego i pełnego cudów Ostrogaru z głowami pełnymi marzeń i sakiewkami tylko czekającymi na to, aby ktoś bystry i obrotny obłupił je do czysta.

El Bhurag uważał się od lat za bystrego i obrotnego. Półork wiedział rzecz jasna doskonale, że w trzymanym przez najemnika mieczu nie było ani uncji magii, ale jego uwadze nie uszły pożądliwe iskierki płonące w oczach mężczyzny. Samą broń kupiec kupił zaledwie trzy dni wcześniej, od zabiedzonego półolbrzyma z północnej części Orkusa Wielkiego, który przysięgał na wszystkich bogów, iż ostrze jest zaklęte i warte wielkiej ceny. El Bhurag wysłuchał cierpliwie jego opowieści, a potem zapłacił za miecz garść miedziaków i z pomocą swych zbirów wyrzucił pomstującego wściekle półolbrzyma za próg grożąc mu ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu w razie lekkomyślnego powrotu.

Teraz, wciąż sycąc się ekscytacją wymalowaną na twarzy zamorskiego przybysza, półork opowiedział mu resztę historii usłyszanej trzy dni wcześniej od poprzedniego właściciela broni.

– Wiedz, że miecz ten do najbliższego zachodu słońca nie ukrzywdzi w najmniejszym stopniu śmiertelnika, który zaklinając się w imię Gorlama wyrzecze szczerą prawdę – kupiec powtórzył słowa półolbrzyma zniżonym dyskretnie głosem, nie z potrzeby zachowania dyskrecji, lecz dla podtrzymania mistycznej atmosfery – Co więcej, pozostając w bliskim otoczeniu swego pana uwolni w nim pokłady nieznanych dotąd cnót, wiodąc go ku ścieżce najczystszej prawości.

– Jak to możliwe? – zdumiał się niepomiernie Olbert Regast, spoglądając na trzymany w dłoni miecz w zupełnie nowy sposób.

– Tego niestety nie wiem – wzruszył ramionami w geście udawanego żalu półork – Nawet ja nie posiadłem dotąd pełnej wiedzy na temat czarodziejskich arkanów.

– I zarzekasz się, że wszystko, co powiedziałeś to prawda? – na twarzy najemnika ponownie pojawił się grymas niedowierzania, który ściął chłodem krew w żyłach świętującego już sprzedaż el Bhuraga.

– Zaklinam się na Gorlama, że przekazałem ci szczerze całą wiedzę na temat tego miecza – oznajmił półork składając dłonie niczym do modlitwy.

– Zatem kupię go i to natychmiast – zdecydował się w końcu cudzoziemiec sięgając wolną ręką po swój trzos.

VI

Magiczny miecz! Wszystko wskazywało na to, że bogowie w końcu się do Regasta uśmiechnęli, a pijackie dysputy na temat przybytku el Bhuraga nie mijały się z prawdą. Osmundczyk wyciągnął czym prędzej swą sakiewkę, rozsznurował ją i wysypał skąpą zawartość trzosu na kontuar.

Tłusty półork pokiwał głową z aprobatą, pogrzebał przez chwilę palcami w pryzmie monet przeliczając je skrupulatnie, potem zgarnął całą kupkę złota, srebra i miedzi w dłonie wrzucając ją do wielkiej otwartej szkatuły u swych stóp. Uznając transakcję za zakończoną najemnik wsunął miecz pod pachę i zaczął się odwracać od kontuaru.

– To nie wystarczy – powiedział rozparty w drewnianym siedzisku kupiec.

– Słucham?

– Ten miecz jest warty dziesięciokrotność tego, co mi właśnie dałeś – powiedział z uprzejmym uśmiechem el Bhurag.

– Nic wcześniej nie mówiłeś!

– Bo nie spytałeś, mój przyjacielu.

– Ale wziąłeś moje pieniądze!

– Wziąłem zaliczkę, przyjacielu.

Olbert Regast poczuł rosnący gwałtownie gniew. Zbyt długo nim pomiatano, by dalej potrafił utrzymać wzburzenie na wodzy, zbyt długo śmiertelnicy pokroju tej odrażającej kreatury zza kontuaru traktowali go w podobny sposób nie będąc godnymi nawet tego, żeby mu podetrzeć tyłek.

– Wziąłeś moje pieniądze, więc miecz jest mój, przyjacielu – wycedził przez zaciśnięte zęby mężczyzna – Nie jestem ci nic więcej dłużny i nie próbuj mnie zatrzymywać.

– Ależ będę próbował – oznajmił pozbawionym już wesołości tonem kupiec, klaskając donośnie w dłonie – Będę próbował, a wraz ze mną moi przyjaciele i pewien jestem, że nam się uda.

W kilku wiodących między regałami przejściach pojawili się znienacka jacyś krzepcy łotrzykowie o aparycjach mieszańców krwi, ściskający w rękach pałki i szable i spozierający na kłopotliwego gościa z wyraźną niechęcią we wzroku. Olbert Regast zagotował się w duchu ze złości wyrzucając sobie bezmyślność i brak czujności. Ale to nic, postanowił w duchu Osmundczyk. Policzy się z tymi pokrakami, kiedy już zamknie porachunki z ich tłustym panem.

– Zatem chcesz za ten miecz więcej? – zapytał pozornie spokojnym głosem, oplatając rękojeść broni palcami.

– Ależ oczywiście – el Bhurag ponownie przyoblekł oblicze w przyjazny grymas.

– Proszę bardzo!

Obrócone z żołnierską wprawą ostrze śmignęło w powietrzu trafiając sztychem w środek nalanej gardzieli półorka i wchodząc z odrażającym mlaśnięciem głęboko w tłuste ciało kupca. Osmundczyk przekręcił błyskawicznie głowę w tył, omiatając bacznym spojrzeniem spinających się do skoku sklepowych pomagierów el Bhuraga. Podejrzewał, że mieszańcy byli niebezpiecznymi przeciwnikami, ale liczył na to, że brutalna śmierć ich pryncypała odbierze łotrom determinację albo przynajmniej ich nieco zdekoncentruje, a wówczas ulegną ostrzu dzierżonemu przez doświadczonego fechtmistrza.

Przekręcając się w biodrach Regast pociągnął miecz w swoją stronę wyciągając ostrze z ponownym mlaśnięciem z głębokiej rany i spoglądając niejako przy okazji ze złośliwą satysfakcją w oczy tłustego półorka.

W oczy, które odpowiedziały mu żywym spojrzeniem i w których kipiała czysta wściekłość.

VII

Osmundzki najemnik skamieniał widząc podnoszącego się z siedziska kupca. El Bhurag zaryczał niczym dźgnięty rohatyną niedźwiedź, wydarł miecz z bezwolnych dłoni sparaliżowanego niemocą cudzoziemca i ciął ostrzem poprzez jego odsłonięte gardło.

Miecz w ręce półorka sprawdził się jak każdy inny miecz na świecie: fontanna gorącej krwi bryznęła w powietrze opryskując rubinowymi kropelkami oblicze kupca, a wciąż sparaliżowany grozą Olbert Regast runął z głuchym łomotem na plecy.

Był martwy.

El Bhurag cisnął unurzany w krwi miecz na blat kontuaru, z grymasem wstrętu i lęku zarazem. Trzęsącymi się jak galareta rękami wydarł kilkanaście stronnic z wyciągniętego spod mebla bezcennego tomiszcza traktującego o sztuce umagiczniania przedmiotów zaledwie drobinką czarodziejskiej mocy, po czym zawinął miecz ostrożnie w papier i tak opakowany wsadził z powrotem do worka, za wszelką cenę unikając dotykania broni gołymi palcami.

– Ty i ty! – powiedział wciąż rozdygotanym głosem, budząc u swych pomagierów pełne niepokoju zdumienie – Zabierzcie ten worek i idźcie do portu! Tam wynajmijcie łódkę, wszystko jedno za ile! Popłyńcie na jezioro i ciśnijcie ten pakunek w głębinę, im dalej od miasta, tym lepiej!

Dwaj zarośnięci jak tagarskie dziki rzezimieszkowie mruknęli coś pod nosami zabierając ostrożnie worek i opuszczając czym prędzej składzik. Inni uprzątnęli zwłoki Osmundczyka pozostawiając swego roztrzęsionego pana w samotności. Kupiec podniósł ostrożnie ręce ku gardło, obmacał je kawałek po kawałku w poszukiwaniu śladu pozostawionego przez klingę, która przecież dopiero co tkwiła w jego ciele.

Palce nie natrafiły na najdrobniejszą nawet rankę.

El Bhurag potrząsnął głową wzdychając jednocześnie równie głęboko jak pisarczyk, który go tak niedawno temu odwiedził. Wszystko okazało się prawdą. Opowieść ubogiego półolbrzyma nie była stekiem kłamstw mających naciągnąć kupca na lepszą zapłatę. Miecz tana Mobacha był naprawdę magiczny, a wydarzenia ostatnich chwil dowiodły niezbicie, że broń posiadała wszystkie przymioty przypisywane jej przez poprzedniego właściciela. Nieświadomie, ale mimo wszystko szczerze, el Bhurag powiedział prawdę cudzoziemskiemu najemnikowi, powtarzając słowo w słowo opowieść półolbrzyma i zaklinając się przy tym na imię Gorlama. Magia broni zadziałała chroniąc półorka przed zdradzieckim ciosem, który w każdych innych okolicznościach odebrałby mu natychmiast życie.

Lecz to nie cudowne ocalenie wprawiło kupca w stan tak przemożnego wzburzenia, lęku i odrazy, lecz świadomość tego, że miecz ów posiadał moc inną jeszcze od niemożności skrzywdzenia prawdomównej osoby. „Pozostając w bliskim otoczeniu swego pana uwolni w nim pokłady nieznanych dotąd cnót, wiodąc go ku ścieżce najczystszej prawości”. Przypominając sobie słowa półolbrzyma el Bhurag poczuł zimne ciarki na karku i plecach, zaś żołądek zmienił mu się z miejsca w bryłę lodu.

Niewiele brakowało, by ta przeklęta broń zrujnowała mu życie, ale szczęśliwy zbieg okoliczności w ostatniej chwili półorka ocalił. Dopóki miecz tana Mobacha znajdował się hen daleko, el Bhurag nie musiał się zamartwiać o swą pełną profitów przyszłość.

Bookmark the permalink.

0 Comments

  1. Keth, ten tekst jest tak krótki, że jakby płacili Ci za wierszówkę, to byś z głodu zmarł 😉
    Zgrabnie napisane, ale brakuje części dalszej. To początek czegoś dłuższego?

  2. A obejrzałeś obie strony, czyli 7 rozdziałów?

  3. Pewnie Przemo uwagi na to nie zwrócił że są 2 karty 🙂

  4. Ups… Rzeczywiście. Nadrabiam zaległość.

  5. No i jak Wam przypadło do gustu opowiadanie w takim klimacie? Może być więcej takich czy jednak wolicie ostrą akcję rodem z "Ceny zemsty"? 🙂

  6. Zdecydowanie wolę poczytać opowiadania gdzie jest więcej akcji. To opowiadanie średnio mi przypadło do gustu. Keth a może pokusił byś się o jakieś opowiadanie dotyczące epickiej bitwy. Bardzo jestem ciekaw jak radzisz sobie z opisem bohaterskich czynów i nietuzinkowym opisem walki na szerszą skalę. Z czymś co porywa i pragnie się do tego wrócić, żeby znów to przeczytać. Twoje opowiadania są świetne. Super się je czyta, ale chciałbym opowiadanie do którego będę wracał na poprawę humoru albo tylko po to żeby przeczytać je jeszcze raz. Czegoś niepowtarzalnego i obfitującego w emocjonalne wrażenia. Prawdę powiedziawszy jedyne opowiadanie, które czytałem kilka razy to było opowiadanie pt. [i]Zemsta arcymaga[/i]. Właśnie dlatego, że było emocjonalne, chociaż nie było tam walki.

  7. Hauerine musi wrócić! Sprowokuj go do reaktywacji, a wówczas ja pod wpływem nieuniknionych emocji walnę taką epikę, że "Władca Pierścieni" przy niej siądzie. On mi jest potrzebny jako muza, jako me natchnienie! Tak było z "Zemstą arcymaga" i tak zapewne będzie teraz! 😀

  8. Potrzebujesz kogoś żeby cię wq… aby dobrze pisać ? :D:D
    A jeśli chcecie się bujać z czepialskimi i nic nie wnoszącymi komentarzami to chyba nie jest dobre rozwiązanie

  9. Już nawet zażartować nie można? 😛

    Napisz lepiej, czy Ci się podobało czy też mam iść za radą Czegoja i wziąć się za epicką militarystykę?

  10. Keth, warsztat masz porządny ale teraz poprosimy o coś zupełnie własnego, nie przerabianego. Nie ma w tym nic złego oczywiście ale czasami, czytając Twoje teksty do ŻO i przygody, mam wrażenie, że marnujesz pomysły pozbywając się ich pokątnie.
    A opowiadanie fajne.

  11. Wahałem się chwilę, ale podejmę rękawicę, najwyżej polegnę. Będzie zatem całkowicie własny tekst i będzie to coś batalistycznego.

  12. Keth, sprawnie napisane. Gratuluję. Jeśli chcesz uwag, mogę Ci coś skrobnąć na prywatnym.

  13. Dziękuję, Przemo. Chcę uwag i jak najbardziej poproszę w komentarzach pod opowiadaniem. Konstruktywna krytyka to nauka nie tylko dla mnie, ale i innych. Wal śmiało!

  14. Uwagi dotyczące tekstu o charakterze językowym:

    [i]zadudnił [b]groteskowo[/b], [b]groteskowo [/b]otyłą[/i]

    Jak można zadudnić groteskowo lub być otyłym? Intencja autora jest jasna, ale to bubel.

    [i]Ciężkie dębowe drzwi sklepu zatrzasnęły się z hukiem tak donośnym, że nieszczęsny pisarczyk aż [b]podskoczył w górę[/b][/i]

    Podskoczył wystarczy. Nie można podskoczyć w dół.

    [i]Bogato odziani przybysze [b]z [/b]wszystkich zakątków Kartarii
    [/i]
    Powinno być [b]ze[/b]

    [i][b]obłupił [/b]je do czysta[/i]

    wyczyścił (?)

    [i][b]kupiec kupił[/b][/i]

    kupiec nabył (?)

    [i]spozierający na kłopotliwego gościa z wyraźną niechęcią [b]we wzroku.[/b][/i]

    Nie można spozierać nie oczami, więc [b]we wzroku[/b] jest niepotrzebne.

    [i][b]fontanna gorącej krwi bryznęła w powietrze opryskując rubinowymi kropelkami [/b]oblicze kupca, a wciąż sparaliżowany grozą Olbert Regast runął z głuchym łomotem na plecy.[/i]

    Strasznie wytarty, nieciekawy i przechodzony opis.

    [i]Trzęsącymi się jak galareta rękami wydarł kilkanaście stronnic z wyciągniętego spod mebla bezcennego tomiszcza traktującego o sztuce umagiczniania przedmiotów [b]zaledwie drobinką czarodziejskiej mocy[/b], po czym zawinął miecz ostrożnie w papier i tak opakowany wsadził z powrotem do worka, za wszelką cenę unikając dotykania broni gołymi palcami.[/i]

    Nie rozumiem tego wtrącenia.

    [i][b]Dwaj [/b]zarośnięci jak tagarskie dziki [b]rzezimieszkowie[/b]
    [/i]

    Dwa zarośnięte rzezimieszki.

    [i]Kupiec podniósł ostrożnie ręce ku [b]gardło[/b][/i]

    [b]gardłu[/b]

    [i]El Bhurag potrząsnął głową wzdychając jednocześnie równie głęboko jak pisarczyk, który go [b]tak [/b]niedawno [b]temu [/b]odwiedził.[/i]

    Pogrubione do wyrzucenia.

    Inne uwagi:

    [i]Niewiele brakowało, by ta przeklęta broń zrujnowała mu życie, ale [b]szczęśliwy zbieg okoliczności [/b]w ostatniej chwili półorka ocalił. [/i]

    Gdzie tu zbieg okoliczności?

    Są też momenty nieczytelne, np. sakiewka Regasta.
    Dezinformujesz czytelnika.

    [i]Osmundczyk wyciągnął czym prędzej swą sakiewkę, rozsznurował ją i [b]wysypał skąpą zawartość[/b] trzosu na kontuar.[/i]

    [i]Tłusty półork pokiwał głową z aprobatą, pogrzebał przez chwilę palcami w pryzmie monet przeliczając je skrupulatnie, potem [b]zgarnął całą kupkę złota[/b], srebra i miedzi [/i]

    Czy Regast miał dużo, czy mało pieniędzy? Wystarczająco dużo, żeby w ogóle kupić jakikolwiek miecz? Jeśli nie, to tym dziwniejsze jest to, że w ogóle chciał go kupić. A miecz miał być magiczny.

    Dziwny i niejednoznaczny jest też sam sposób myślenia Osmundczyka. Czy on w końcu się zachwycił, czy nie tym mieczem? W kolejności to idzie tak:

    [i]- Dziękuję, nie jestem zainteresowany – potrząsnął głową Osmundczyk wyciągając dzierżącą miecz rękę z powrotem w stronę kupca.
    Magiczny? – [b]powtórzył z ewidentnym niedowierzaniem[/b] w głosie Regast – Jesteś tego pewien?[/i]

    [i]Stojący przed kontuarem cudzoziemiec, mówiący w orklashu z wyraźnym obcym akcentem, [b]dał się nabrać na gładkie kłamstwa[/b] półorka z równie bezbrzeżną naiwnością, co setki jego wcześniej oszukanych pobratymców.
    [/i]
    [i]- Jak to możliwe? – [b]zdumiał się [/b]niepomiernie Olbert Regast, [b]spoglądając[/b] na trzymany w dłoni miecz [b]w zupełnie nowy sposób.[/b]
    [/i]

    [i]I zarzekasz się, że wszystko, co powiedziałeś to prawda? – na twarzy najemnika ponownie [b]pojawił się grymas niedowierzania[/b],[/i]

    Przejście jest zbyt gładkie w psychologii postaci i zupełnie nie pokazane czytelnikowi.

    [i][b]Człowieczek [/b]w stroju skryby cofnął się o krok łapiąc rękami zdjętą chwilę wcześniej z głowy myckę i miętoląc ją palcami.
    [/i]

    Dlaczego człowieczek? Gdyby pomyślał o tym półork, to by było czytelne. Ale wrzucasz to określenie jako narrator. Niepotrzebnie.

    Rozpisałem się.

  15. Przemo, dziękuję za wszystkie uwagi. Literówki poprawię od ręki, wskazane niepoprawności w stylistyce przeanalizuję i skoryguję niebawem. Dzięki statusowi ADM nie muszę już dręczyć Czegoja prośbami o nanoszenie poprawek w moich artykułach, mogę to teraz robić sam, więc proces korekty będzie łatwiejszy w realizacji.

  16. Przemo ale się przywaliłeś normalnie aż mnie zatkało, chyba Cię troszeczkę poniosło w komentarzach. Nie myślałem, że można tak wygarnąć prosto z bańki:D
    Jak dla mnie ten tekst spoko i fajnie się czyta, i mam gdzieś zasady gramatyki czy nawet ortografii czy spójności tekstu ważne aby czytelnik taki jak ja miał z tego frajdę:-)))

  17. Modimier, mnie się to opowiadanie w gruncie rzeczy podoba, a że są pewne niezgrabności, za przyzwoleniem autora, pozwoliłem sobie je tu wypunktować.

    [quote] mam gdzieś zasady gramatyki czy nawet ortografii czy spójności tekstu ważne aby czytelnik [b]taki jak ja[/b] miał z tego frajdę:-)))[/quote]

    No i właśnie tu jest problem. Zastanawiam się więc, czy jest coś co Ci przeszkadza.
    Są też inni czytelnicy. Niektórym przeszkadzają takie rzeczy. Mogą?

  18. Tak na marginesie – tekst nawet bez poprawek jest lepszy niż ćwierćprodukt AS-a czyli 'Bitwa 60dni i nocy '

  19. Noo… i dopiero dojrzałem :/
    Ogólnie, jak zwykle mój typ, zawsze czymś zaskoczy (autor oczywiście).
    Dokładniej: początek opisowy – ciekawy, potem trochę tak "przymęczyło" ale na szczęście nastąpił nagły zwrot akcji i wszystko wróciło.
    Mlask!

    PS. Jeszcze! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *