Karaluchy z Borki

Kiedy kwitnąca cywilizacja ludzkości upadła zmieciona uderzeniami deszczu asteroidów, jej uzależnieni od najnowszej technologii, farmakologii i polityki żywnościowej obywatele znaleźli się na skraju całkowitego wyginięcia. Służby ratunkowe czyniły w następnych latach po Eshatonie wszystko, co tylko było możliwe, by przywrócić w Europie porządek i ład, ale zniszczenia poczynione w roku 2073 okazały się nieodwracalne, a kiedy nadeszło wieloletnie całkowite zaćmienie spowodowane milionami ton pyłów wyrzuconych przez asteroidy do afmosfery, desperacko podtrzymywane struktury państwowości upadły w krótkim czasie. Głodujący i zamarzający ludzie zwrócili się przeciwko sobie, zamykając się w społecznościach rodzinnych, odbierając sobie nawzajem przemocą żywność i schronienia. W ciemnościach wiecznej nocy dochodziło do dantejskich scen, do aktów skrajnego zdeprawowania i wynaturzenia, do okrutnych mordów i zrodzonego z ostateczności kanibalizmu. Już nie z pokolenia na pokolenie, lecz z roku na rok ludzie pogrążali się w otchłani wtórnego barbarzyństwa, zapominając o wartościach humanitarnych i dbając wyłącznie o zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb.

Były to straszne czasy, nie bez powodu uchodzące obecnie w anabaptystycznych legendach za okres, w którym rozgniewany Bóg po zesłaniu na ludzkość Eshatonu oddał ich na pastwę bestii Demiurga. Nieliczne przywiązane do wyższych wartości i idei społeczności stały się enklawami prawości w oceanie zdziczenia i to one dekady później położyły podwaliny pod odradzającą się cywilizację, ideowe fundamenty pod Justitian, wolną Frankę czy państewka Bałków. Lecz na każdego krzewiciela humanitaryzmu przypadało kilkunastu ludzi sprowadzonych do poziomu pierwotnej dzikości, nieodwracalnie zdegenerowanych członków plemion walczących ze zwierzęcą zajadłością o każdy strzęp pożywienia, dach nad głową czy uległe kobiety służące do zaspokojenia rozbuchanej chuci.

Z biegiem czasu, dzięki odzyskiwanej mozolnie przewadze technologicznej, budowniczy postapokaliptycznej cywilizacji redukowali populację dzikich klanów, eksterminując ich członków i spychając ich na nieurodzajne surowe pustkowia. Niektóre plemiona poddały się woli zwycięzców, zwłaszcza w przypadku Alp i rządzących tymi górami Helwetów. Inne umknęły w dzicz, ale nie zapomniały wyrządzonych im krzywd. Bezpiecznie ukryte, mnożyły się w zastraszającym tempie, snując przy nocnych ogniskach opowieści o dawnej chwale i żądzy zemsty. Zapiekli w swej wiecznej nienawiści, dzicy barbarzyńcy wyczekiwali cierpliwie chwili, w której los miał się do nich uśmiechnąć.

I chwila ta w końcu nadeszła w roku 2593, kiedy Starożytny ochrzczony przez dzikich z północnej Europy mianem Czernoboga ruszył poprzez zielone puszcze wschodniej Borki na południe, na czele nieprzeliczonej hordy wielbiących go jak boga barbarzyńców. Dumna, bogata i pozornie bezpieczna Praga została unicestwiona potęgą strasznej bezlitosnej armii, ale Czernobog na tym nie poprzestał, sunąc z dziesiątkami tysięcy wyznawców na Bałkany.

Wieści o zagładzie Pragi dotarły szybko również na zachodnią stronę Cięcia Rzeźnika, przywracając tamtejszym klanom nadzieję na wywarcie pomsty na cywilizowanych ciemiężycielach. Dzikie plemiona wychynęły z kryjówek pod pustynnymi wydmami, z mateczników ukrytych w trzewiach zasypanych pyłem i żwirem biurowców, stacji metra czy kolejowych tuneli. Przekonani o władzy i potędze Justitianu Sędziowie doświadczyli trwającego po dziś dzień szoku, gdy dzicy ludzie uderzyli z wszystkich stron na borkańskie państwo.

Po latach złudnego pokoju i dobrobytu ziemie Justitianu stały się ponownie areną zaciekłych i krwawych zmagań, w których po stronie dzikich prym wiodą plemiona zjednoczone pod znakiem Karalucha.

Karaluchy z Borki

W czasach poprzedzających powstanie państwa Sędziów na terenach dzisiejszego Zagłębia Ruhry królowała niepodzielnie koalicja plemiennych społeczności Karaluchów. Ludzie ci, niemal całkowicie zdegenerowani cywilizacyjnie, cofnęli się poziomem swego rozwoju do czasów prehistorycznych, ledwie radząc sobie z obróbką metali i zachowaniem złożonego przekazu ustnego, kultywując kanibalizm i przejawiając skrajne okrucieństwo. Wady te rekompensowała im w zamian siła i wytrzymałość fizyczna, odporność na choroby i złe warunki atmosferyczne, zdolność do egzystowania mimo niedostatku żywności. Niezniszczalni czym karaluchy, borkańscy barbarzyńcy przyjęli za swój totemiczny znak ten właśnie gatunek insektów, mieniąc się karaluchami w ludzkich skórach.

Wojna z Sędziami wiele dzikie klany kosztowała. Twórcy Justitianu mieli po swej stronie broń czarnoprochową i konie, umiejętności strategicznego planowania, fortyfikacje i opanowane umysły. Znienawidzeni Młotodzierżcy przerzedzili szeregi plemiennych wojowników, a ich niedobitki wypchnęli poza granice swego rozrastającego się państwa. Karaluchy nie miały innego wyjścia jak tylko zniknąć z pola widzenia cywilizowanych ludzi.

Gnieżdżący się głęboko pod powierzchnią ziemi, ukryci w zasypanych piaskiem miastach zachodniej Borki, technobarbarzyńcy wiedli odtąd życie na podobieństwo swych totemicznych opekunów: przystosowali się do zmiennych warunków egzystencji, rozmnażali, czynili wszystko, by przetrwać. Wojownicy polowali w ruinach na powierzchni, na zwierzęta i zjadane równie chętnie istoty rozumne. Szamani interpretowali przyszłość klanów czytając w rojach karaluchów. Starcy gromadzili opał, jadalne rośliny i owady, dopóki przez wzgląd na swą niedołężność nie byli zabijani przez młodszych członków plemienia. Wynaturzeni fizycznie królowie Karaluchów – potężnie zbudowani siłacze o umysłach zaślepionych żądzą mordowania głupców – stali się ogierami rozpłodowymi plemion. Uwięzieni w podziemnych jamach i klatkach, zapładniali spółkujące z nimi młode kobiety, oddające się człekoształtnym samcom w aktach czysto zwierzęcej reprodukcji. Poczęte z tych relacji dzieci zawsze trafiały do kasty wojowników, pobłogosławione nasieniem najpotężniejszych osobników plemion. Kanibalizm stał się w przypadku Karaluchów nie tylko sposobem na zaspokojenie głodu, ale też formą oddawania czci zmarłym – barbarzyńcy ci nad wyraz rzadko porzucają na placu boju swych ziomków, najczęściej ściągając ich zwłoki do swych podziemnych kryjówek i tam pożerając je w przeświadczeniu, że w ten właśnie sposób wchłaniają życiową energię zmarłych towarzyszy.

Trudno wyobrazić sobie w Justitianie bardziej strasznego nieprzyjaciela, zwłaszcza po wielu latach życia w przeświadczeniu, że Karaluchy odeszły w niepamięć. Pograniczne osady płoną, patrole Sędziów i przemierzające ziemie Protektoratu kupieckie karawany są napadane i bezlitośnie wyrzynane w pień, a zmasakrowane, częściowo pożarte ciała Młotodzierżców tkwią nabite na sterczące z piasku pręty i pale. Wieści o przebudzeniu Czernoboga i zagładzie Republiki Praskiej dały dzikim klanom nadzieję na powrót do swej dawnej świetności, na ponowne zawładnięcie ziemiami zachodniej Borki. Każda kolejna noc w Protektoracie wypluwa na powierzchnię ziemi zgraje krwiożerczych dzikusów, pełzających w ruinach, atakujących ze zwierzęcą wściekłością, błyskawicznie znikających w obliczu liczebnej przewagi wroga.

Justitian stanął w obliczu próby, której może nie przetrwać, albowiem nawet potęga czarnego prochu może nie wystarczyć, by zatrzymać stworzenia, które z ludzkim gatunkiem łączy już chyba jedynie kształt ciała.

Przygotował: Keth (na podstawie informacji zawartych w podręczniku podstawowym Degenesis: Primal Punk). Wszystkie prawa autorskie zastrzeżone dla wydawnictwa Sixmorevodka.

Bookmark the permalink.

0 Comments

  1. Znów fajny materiał. Zastanawiam się Keth, czy nie wziąłbyś się za tłumaczenie mechaniki? Może warto przyjrzeć się temu systemowi z bliższej perspektywy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *