Łowy na grubego zwierza

I

Roshnakh był smutny. Bardzo smutny. Cholernie smutny. To był ten rodzaj smutku, który po dziesiątym dzbanie piwa uczył się pływać. Taki smutek dopadał go zawsze w Miesiącu Zapomnianych Bogów i trzymał przez pełne sześć dni. Roshnakh zastanawiał się czasem, czym takim naraził się jakiemuś bóstwu, że zsyła na niego taką karę. Niech będą dzięki reszcie bogów – powtarzał sobie – że ten ostatni miesiąc orchiańskiego roku jest najkrótszy. Jak na ironię, miesiąc ten zwany był także świątecznym. Na rynkach wszystkich miast, począwszy od najbardziej zapadłych wiosek w Górach Czerwonych na Ostrogarze skończywszy, było dwa razy więcej kupców, trzy razy więcej złodziei i prawie żadnego trzeźwego strażnika. We wszystkich tawernach strumieniami lało się piwo, wino i miody, a w niektórych dzielnicach można było w miarę łatwo dostać miarkę prawdziwego krasnoludzkiego spirytusu. Dziewki wszelkich ras spoglądały łaskawszym okiem nawet na najbardziej spłukanych marynarzy, alchemicy i astrologowie na kilka dni opuszczali swoje piwnice i strychy, oferując na skromnych straganach rozmaite maści, eliksiry, amulety i wróżby. Najemnicy i poszukiwacze przygód roztrwaniali skarby zdobyte na dalekich i za pewne niebezpiecznych wyprawach. Widywano ich potem w najciemniejszych kątach podejrzanych spelunek jak leczyli gigantycznego kaca i przyjmowali kolejne zlecenia od zakapturzonych osobników.

Pośród tego radosnego rozgardiaszu, barwnego korowodu przedstawicieli wszelkich ras i profesji, Roshnakh czuł się, mówiąc delikatnie, bardzo nie na miejscu. Zazwyczaj siadał sobie w najciemniejszym kącie najmniej zatłoczonej gospody i ze wszystkich sił starał się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Szło mu całkiem nieźle zwłaszcza w knajpach omijanych przez ludzi. Kolejnym problemem Roshnakha był bowiem fakt przynależności do rasy nizinnych goblinów. Dla kupców gobliny były uciążliwymi szkodnikami atakującymi samotnych podróżnych i małe, niestrzeżone karawany na niezbyt uczęszczanych szlakach. Co prawda takie incydenty zdarzały się dosyć rzadko, ale to wystarczało, żeby ludzie patrzyli spode łba nawet na niewielkie oddziały goblinich zwiadowców służących przy orkowych garnizonach. Roshnakh też kiedyś chciał być zwiadowcą w oddziale wojsk Katana. Jeździłby na oswojonym wargu, jego meldunków słuchaliby orkowi dowódcy, a kto wie może nawet dumni rycerze Uruk-hai. Niestety, będąc osobnikiem wybitnie nikczemnej postury mógł sobie pozwolić najwyżej na terminowanie u wioskowego szamana. Stary Rukhbar-Arrgh nauczył go podstaw alchemii i kilku prostych czarów. Nie mógł jednak zbyt długo tolerować pewnej paskudnej właściwości Roshnakha, a mianowicie lepkich łap. I nie chodzi tu bynajmniej o złodziejowanie, czy tez jak to się elegancko określa – kleptomanię. On właściwie cały był lepki. Od brudu. Mówiono o nim, że mógłby spędzić pół dnia w osobistych sypialniach Katana i wyglądać potem tak jakby przez tydzień zajmował się czyszczeniem chlewów. Był jak dziecko, które w suchy, upalny dzień potrafi znaleźć kałużę błota, mimo, że od tygodnia nie padało, i ubabrać się w niej. Ale Roshnakh nie szukał brudu – to brud znajdował jego. W najmniej spodziewanych momentach. Tak jak wtedy, gdy miał przedestylować miarkę oleju skalnego, a najstarszej żonie szamana rozdarła się poduszka. Chmura piór wpłynęła przez otwarte okno do pracowni, Roshnakh z wrażenia wdepnął w wiaderko oleju stojące obok stołu, stracił równowagę i gruchnął jak długi na klepisko. Oczywiście cała zawartość ceberka pokryła nieszczęśnika od stóp do głów. Sprawca całego zamętu, czyli obłok pierza zachował się tak jak to nakazuje konwencja i łagodnie niczym pierwszy śnieg opadł na wytaplanego w czarnej mazi Roshnakha.

Goblin wzdrygnął się na samo wspomnienie o tej historii. Od tamtej pory nabrał przeświadczenia, że bogowie go nie lubią. Najpierw to niesamowite powinowactwo do wszelkiego syfu, później coroczna, sześciodniowa deprecha. Całe szczęście, że miesiąc Kart-ran właśnie dobiega końca i będzie można spokojnie wynieść się z tej mieściny. Mimo głębokiego dołka psychicznego, Roshnakh uśmiechnął się na myśl o tym, że już niedługo znów będzie mógł włóczy się bez wyraźnego celu po ścieżkach i gościńcach Zachodniej Puszczy.

II

I stało się. Kolejny Miesiąc Świąteczny (Roshnakh zgrzytnął zębami na tę nazwę) przeszedł do historii. Czując powracającą radość życia, Roshnakh kupił u karczmarza kilka porcji suszonego mięsa i paczkę sucharów z agawy. Przy pobliskiej studni napełnił manierkę wodą. Oczywiście w czasie wykonywania tej prozaicznej czynności usmarował się dosyć dokładnie błockiem zalegającym wokół kamiennego ocembrowania. Poprawił rzemień, na którym zawieszona była duża, drewniana tarcza, przesunął bardziej na lewy bok pochwę z maczetą, a na prawy sporą skórzaną sakwę. W tej chwili wyglądał bardziej na pechowego poszukiwacza przygód niż na alchemika. Roshnakh był właściwie po trosze jednym i drugim. Zamiłowanie do mieszania różnych paskudztw i patrzenia (z daleka) co z tego wyniknie, zaszczepił mu stary Rukhbar-Arrgh. Z kolei, aby zdobyć komponenty do eksperymentów trzeba było czasem sporo się natrudzić. Ale tutaj natura postanowiła wynagrodzi Roshnakhowi krzywdy wyrządzone przez bogów i obdarzyła goblina dużo ostrzejszym niż u jego pobratymców wzrokiem i doskonałym, niemal psim węchem. Ponadto w ciągu tych kilku lat wałęsania się po Zachodniej Puszczy, nauczył się, jak to sam określał, wyczuwać okazję. Wiedział na przykład, że podróżujący samotnie krasnoludzki wojownik jest wręcz idealnym dostawcą komponentów – i to całkowicie za darmo. Kiedyś szedł za takim przez około dwa miesiące, aż w końcu krasnolud natknął się na starego trolla. Roshnakhowi bardzo podobała się walka, jaką brodacz stoczył z monstrum. Oglądał ją siedząc na najwyższej gałęzi najwyższego drzewa na skraju polany. Po wszystkim, czyli jak już troll stracił głowę a krasnolud przytomność (z upływu krwi), zlazł ze swojego punktu obserwacyjnego i zabrał się do działania. Najpierw rozpalił ognisko i poprzypalał wszystkie rany na trollim zewłoku (ostrożności nigdy za wiele), a potem starannie dobił krasnoluda, który w tym momencie przestał być użyteczny. Sakwy wojownika dostarczyły łupu w postaci paczki krasnoludzkiego ziela, fajki z kości harpii i kilku sztuk srebra. Bardziej interesujące było truchło trolla – dostarczyło składników do mikstur leczniczych, w tym niezwykle silnej mikstury regeneracji oraz maści infrawizji. Roshnakh jak zwykle przeklinał brak fachowego sprzętu, który przy odrobinie wysiłku pozwoliłby mu na przygotowanie eliksiru siły oraz pewnych pastylek, które były bardzo cenione w zamtuzach Ostrogaru.

Tym razem w okolicy było wyjątkowo spokojnie. Żadnych wałęsających się poszukiwaczy przygód, ani śladu karawan kupieckich (ale i tak Roshnakhowi udało się znaleźć końskie łajno i w nie wdepnąć), cisza, spokój – No właśnie, trochę tu za cicho i za spokojnie – w takich warunkach musi się coś wydarzyć. Prędzej czy później bogowie przypomną sobie o nieszczęsnym goblinie i w swej nieskończonej łaskawości ześlą mu jakąś niespodziankę.
Naraz gdzieś pod niebem dał się słyszeć przeciągły świst a zaraz po nim stłumiony skrzek ginącego ptaka. Chwilę później coś miękkiego i ciężkiego spadło na głowę Roshnakha.

– No i wykrakałem – zamruczał trochę oszołomiony niepewnie rozglądając się dookoła. Po chwili zobaczył u swoich stóp dzikiego gołębia. Spomiędzy skrzydeł sterczał harpunowaty grot. Goblin podniósł martwego ptaka za szyję, aby dokładnie obejrzeć resztę strzały. Niezbyt długa, równa brzechwa, potrójne pierzysko farbowane na czarno.

– Wygląda dziwnie znajomo. Zupełnie jak… – nie dokończył myśli, ponieważ tuż za sobą usłyszał najpierw stukot kopyt a potem gniewny okrzyk:

– Zostaw to!

Roshnakh rozluźnił uchwyt na szyi gołębia. Powoli odwrócił się w kierunku, z którego dochodził głos.

– Myśliwska strzała z orkowego łuku – dokończył na głos rozpoczętą myśl. Przyjrzał się teraz jeźdźcowi. Ten zdecydowanie nie był orkiem. Ani nawet półorkiem. Na chudej, siwej szkapie siedział – człowiek. Młody, prawdopodobnie właśnie pozbył się ostatnich śladów trądziku i czynił pierwsze, nieporadne próby zapuszczenia wąsów. Spod burego, sukiennego płaszcza połyskiwały ogniwa lekkiej kolczugi, przy lewym boku sterczała rękojeść prostego miecza, przy prawym zaś sztyletu. Całości uzbrojenia dopełniał krótki łuk o podwójnie wygiętym łęczysku. Na cięciwie spoczywała kolejna strzała. Skierowany w stronę Roshnakha grot miał kształt liścia.

– Witam, witam szanownego pana łowcę – rzekł powoli Roshnakh siląc się na uprzejmy ton. Nie lubił mówić we wspólnym, ludzkiego prawie nie znał a młodzik nie wyglądał na takiego, który umie posługiwać się orkowym.

– Na wstępie pragnąłbym zaznaczyć, że wcale nie miałem zamiaru pozbawiać szanownego pana obiadu. A może śniadania? – zapytał z przyjaznym, w jego mniemaniu, uśmiechem. Na pierwszy rzut oka widział, że młody łowca jest od niego dobre dwadzieścia lat młodszy. Z doświadczenia wiedział jednak, że ludzie nie lubią jak jakiś nie-człowiek, zwłaszcza goblin, traktuje ich z góry. Roshnakh wolał więc przyjąć maskę niegroźnego włóczęgi, co zazwyczaj działało uspokajająco na wyższe (w znaczeniu fizycznym) rasy. Młodzian schował łuk i strzałę do kołczana i lekko zeskoczył z siodła. Kiedy podszedł bliżej, aby podnieś swoją zdobycz, Roshnakh zauważył, że przewyższa go o ponad półtorej głowy. Ponadto ujawnił się jeszcze jeden szczegół: twarz chłopaka była szara od pyłu gościńca, wychudzona a podkrążone oczy zaczerwienione brakiem snu. Ręka, którą chwycił (nie podniósł, nie wziął tylko chwycił) gołębia wyraźnie drżała. Diagnoza – co najmniej tydzień w trasie, krótkie drzemki w siodle, posiłek składający się z dwóch pasków suszonego mięsa i łyka nieświeżej wody z bukłaka. Wniosek – gówniarzowi gdzieś się spieszy. Albo kogoś goni, albo przed kimś ucieka.

– Widzę, że szanowny pan z daleka – rzucił Roshnakh, patrząc na postrzępioną i zakurzoną pelerynę łowcy. Ten odwrócił się błyskawicznie kładąc dłoń na głowicy sztyletu.

– Nie twoja sprawa skąd jadę, gdzie jadę i jak długo jadę, jasne!? – wrzasnął młodzian – I ani mi się waż pytać mnie po co jadę – dokończył nieco spokojniej. Przytroczył zabitego gołębia do sakwy przy siodle i lekko wskoczył na koński grzbiet. Roshnakh obserwował go spod półprzymkniętych powiek. Odrzucił od siebie myśl o rzuceniu szczeniakowi w twarz jakiegoś wyjątkowo paskudnego zaklęcia, zamiast tego odezwał się spokojnym tonem.

– Tak tylko pytam. Do Rozszczepionych Gór kawał drogi, będzie co najmniej tydzień… – zawiesił znacząco głos. Łowca spojrzał na niego najpierw ze złością, potem z rezygnacją. Przygarbił się w siodle.

– Skąd wiesz, że ja właśnie stamtąd…? – zapytał nieśmiało.

– Twój płaszcz – Roshnakh zrezygnował z form grzecznościowych – Tu i tu jest wysmarowany muflonim łajnem. O tej porze roku muflony wychodzą z lasów i idą na łąki u podnóża gór. Musiałeś nocować na jednym z ich pastwisk. – dokończył tonem mentora tłumaczącego nowicjuszowi dzisiejszą lekcję.

– Taaak… masz rację – łowca spojrzał nieco łagodniej na goblina. Uśmiechnął się. Potem spojrzał między drzewa i rzekł ni to do siebie ni do Roshnakha – Muflony idą w góry a oldany w las…

Goblin nadstawił uszu. Oldany? Czyżby ten wariat wybierał się sam zapolować na górskie wargi? Faktycznie, o tej porze roku ci więksi krewni zwyczajnych wargów schodzili z gór, aby w starych lasach odbywać gody. Była to praktycznie jedyna okazja aby spotkać większe zgrupowanie tych stworzeń, zazwyczaj występujących pojedynczo. Był to również najlepszy czas na polowanie – ofiarami myśliwych padały wówczas stare samce zmęczone lub ranne po walkach godowych. Wszystko jasne…

– Zaspokój moją ciekawość, chłopcze – rzekł powoli Roshnakh – chcesz powiedzieć, że tłuczesz się po tych lasach, aby wytropić górskiego warga?

Młody nie wiedział gdzie oczy podziać. Zarumienił się tylko i zdołał wydukać coś w rodzaju nieśmiałego potwierdzenia.

– Jaaaasne… może mi jeszcze powiesz, że ta szaleńcza eskapada została ci zlecona przez starszego cechowego Gildii Łowców, tak? A może jakiś druid trzęsący brodą nad miską papki z agawy powiedział, że potrzebuje nowej kołdry na zimę?

W oczach łowcy zamigotał płomień gniewu. Prawa dłoń spoczęła na rękojeści miecza. Roshnakh zrozumiał, że przeholował. Podniósł ręce w geście poddania.

– Wybaczcie, panie. Po prostu żal mi się was zrobiło. Nie wiem kto i po co wysłał was w te strony i klnę się na Gothmeda, że wcale a wcale mnie to nie obchodzi. Ale próba zabicia oldana w pojedynkę nie jest najlepszym pomysłem. Bez odpowiedniej przynęty, nagonki i kilkunastu chłopa z dobrymi kuszami i oszczepami to niemal samobójstwo. Tak przynajmniej w naszej wiosce gadali… – Roshnakh miał nadzieję, że ten słowotok w stylu wioskowego mądrali uspokoi łowcę, który nie na żarty zabierał się do poszatkowania goblina. Wszak cios mieczem zajmuje nieporównanie mniej czasu niż sklecenie najprostszego zaklęcia. Człowiek nie odpowiedział. Z trzaskiem schował do pochwy wyciągnięte już do połowy ostrze. Przez chwilę mierzył Roshnakha ostrym spojrzeniem. Stopniowo gniew w oczach młodego łowcy ustępował miejsca zadumie. W końcu z jego piersi wydobyło się ciężkie westchnienie.

– Nie twoja rzecz martwić się o mnie – rzekł cicho – Co mi nakazano zrobić muszę. Sam.

– Trudno – Roshnakh wzruszył ramionami – nie będę was zatrzymywał. Jeżeli poczuliście się urażeni paplaniną jakiegoś goblina-włóczęgi to serdecznie przepraszam – westchnął i zmierzył młodzika uważnym spojrzeniem. Po czym sięgnął do sakwy i wyciągnął z niej pęczek przywiędłych liści związany nitką.

– Weźcie to – rzucił wciskając zioła do ręki zdumionego łowcy – Jak będziecie podchodzić oldana, pamiętajcie żeby rozetrzeć te liście w dłoniach i natrzeć nimi twarz, ręce, ubranie też, jeżeli wystarczy. Nie będziecie pachnieć jak człowiek – odpowiedział na niezadane pytanie wciąż zdziwionego chłopaka. Łowca schował zawiniątko w zanadrze, zawrócił konia i pospiesznie odjechał nie rzekłszy ani słowa.

– Powodzenia, człowieku. Będzie ci potrzebne jak nie wiem co… – mówił cicho Roshnakh patrząc na oddalającego się jeźdźca. Gdy kurz opadł, a młody zniknął za zakrętem, zatarł ręce z radości i wygrzebał z sakwy fajkę. Znalazłszy wygodne miejsce, na niewielkim pagórku pod rozłożystym dębem, usiadł sobie wygodnie i zaczął ubijać porcję ziela zdobytego jeszcze na krasnoludzie. Po chwili raczył się aromatycznym dymem i w tym momencie uświadomił sobie, że coś jest nie tak. Po krótkiej chwili stwierdził, że coś dziwnego stało się z jego portkami w okolicy siedzenia. Przeczuwając najgorsze ostrożnie wstał i obejrzał się za siebie. Tak jak podejrzewał – usiadł na gnijącym borowiku.

III

Od spotkania z młodym łowcą upłynęło akurat tyle czasu, ile potrzeba na wypalenie fajki i krótką drzemkę. Roshnakh przeciągnął się, ziewnął smakowicie i podrapał się za uchem. Nadeszła pora na opracowanie planu taktycznego na najbliższych kilka dni. Po pierwsze nie wolno zgubić śladu tego młokosa. Co prawda, Roshnakh tak znał się na odczytywaniu śladów jak, nie przymierzając barbarzyńca na astrologii, ale jeżeli chłopak przez cały czas będzie miał przy sobie garść liści bagiennej tarniny, to nie będzie problemu z wywęszeniem go. Alchemik-włóczęga wyszczerzył zęby we wrednym uśmiechu. Powiedział prawdę – nikt wysmarowany sokiem tej rośliny nie będzie pachniał jak człowiek. Zamiast tego, będzie się za nim ciągnął niezwykle wyraźny aromat samicy bawołu opasa w okresie rui. Na szczęście dla chłopaka, w promieniu wielu dni drogi nie było ani śladu tych potężnych roślinożerców. Niemniej jednak, drapieżnik wielkości warga górskiego z pewnością wykaże choć minimum zainteresowania zwietrzywszy coś takiego. A wtedy kto wie, może skusi się na taką zdobycz. Owszem, opasy potrafią dorastać do naprawdę ogromnych rozmiarów, ale Roshnakh widział kiedyś skórę zdartą z oldana. Zwierzę, z którego ją zdjęto, musiało mierzyć ponad dwa metry długości, od czubka nosa do końca ogona. Goblin oczami wyobraźni widział siebie odzianego w płaszcz z takiej skóry lub jadącego wierzchem na grzbiecie bestii. Stary Rukhbar-Arrgh mówił, że niektóre stare samce są po trosze magiczne i podobno potrafią mówić.

– Dobra, wystarczy tego dobrego – mruknął do siebie Roshnakh – nie ma co dzielić skóry na żywym wargu – dodał po chwili uradowany z własnego dowcipu. Przegryzłszy sucharem ostatnią myśl, ruszył gościńcem śladem młodego łowcy. Po niedługim czasie jego zadarty nos uchwycił nikły zapach bagiennej tarniny.

IV

„… nie będziecie pachnieć jak człowiek…” – el Rangnir, syn Rasmunda z Tagary Szarej uśmiechał się kpiąco, patrząc na trzymaną w ręku wiązkę liści. Znał doskonale tę roślinę jeszcze z czasów, kiedy wraz z ojcem trudnili się nie do końca legalnym procederem polowania na opasy. Stara kobyła wysmarowana tym zielskiem stanowiła idealny wabik na młodsze samce odpędzane od haremów przez stare i silniejsze byki.

Oczywiście polowanie na te wielkie zwierzęta wymagało specjalnego zezwolenia, ale dzięki cichej umowie starego Rasmunda z komendantem miejscowego garnizonu można było nie obawiać się przykrych konsekwencji. Zwłaszcza, że miejscowy rymarz pracujący na potrzeby wojska zawsze chętnie skupował wyprawione na lico skóry. Rangnira zastanawiała tylko jedna kwestia. Po co właściwie ten postrzelony goblin wcisnął mu to zielsko i do tego udzielił „przyjacielskiej” rady, aby się tym nasmarować? Jedyny efekt jaki przychodził mu na myśl, to zostanie wabikiem na jakiegoś spragnionego mocnych wrażeń byka opasa. Byka, albo… a niech to wszystkie demony! Ten oldan, którego tropił od dwóch tygodni, jakby tylko wyczuł taką zdobycz mógłby stać się zbyt niebezpieczny. Na rozległych łąkach i stepach u podnóża Rozszczepionych Gór łatwo było go wypatrzyć i w razie potrzeby uciec. W gęstym lesie to zupełnie inna sprawa. Przeklęty kurdupel, przynętę chciał sobie ze mnie zrobić. Widocznie dał się nabrać na stary numer pod tytułem „nowicjusz na pierwszej misji”. Starszy cechowy Gildii Łowców – dobry dowcip. Rangnir ostatnio widział go podczas swojej ostatniej wizycie w siedzibie Gildii, kiedy to zostawał oficjalnie wywalony na zbity pysk. Oczywiście Rangnir, a nie książę Kassar-as-Thill – niech bogowie zrzucą klątwę na jego gadzi łeb. Staremu reptilionowi nie spodobała się widać kłusownicza przeszłość Rangnira, o której dowiedział się z anonimowego donosu. Anonimowego – akurat. Młody doskonale wiedział kto go wydał. Następnego dnia truchło kapusia pływało sobie wesoło w fosie, ku uciesze dzieciaków bawiących się w „kto-zatopi-trupa-trafiając-go-czymś-ciężkim”.

Rangnir uśmiechnął się do swoich wspomnień. Dobry nastrój psuł mu jedynie stary i łykowaty gołąb, którego ustrzelił sobie na śniadanie. Co chwila przypominał o sobie beknięciem albo kawałkiem mięsa tkwiącym w zębach. Mimo wszystko była to miła odmiana po suszonym mięsie i sucharach. Jeżeli do jutra nie natrafi na jakieś ślady tropionej bestii, będzie musiał znowu upolować sobie jakiś obiad. Problem w tym, że od wczoraj nie natrafił na ani jeden trop jelenia czy dzika. Zazwyczaj na gościńcach widać było świeże odciski racic spokojnych roślinożerców, a jak ktoś miał pecha to jakiś spokojny roślinożerca, w osobie rozjuszonego odyńca, potrafił nagle wyskoczyć z przydrożnych krzaków. Tym razem jednak tropy były na ogół starsze niż trzy, cztery dni, a ponadto nigdzie nie było słychać trzasku poszycia towarzyszącego wędrówce zwierząt. Wyglądało to tak, jakby wielki las był wymarły.

– Zwierzyna stoi – mruknął do siebie Rangnir, przypominając sobie słowa swojego ojca – Tak jest zawsze, kiedy przez okolicę mają przejść wilki. Zwierzęta to wyczuwają i nie wyściubiają nosa z legowisk. A to oznacza, że surowiec na płaszcz dla komendanta garnizonu w Tagarze Czarnej krąży gdzieś w pobliżu – Rangnir uśmiechnął się szeroko na myśl o sowitej zapłacie jaką obiecał mu stary ork. Jednakowoż kwestia znalezienia warga w dalszym ciągu pozostawała otwarta. Na zwykłe wilki, a czasem na młode wargi wystarczała koza przywiązana do drzewa, albo zwyczajny kawał padliny. Na oldana potrzeba czegoś bardziej wyrafinowanego. Nagle łowca przypomniał sobie o zawiniątku z liśćmi bagiennej tarniny i o goblińskim kurduplu, który mu je „podarował”.

– Możliwe, że on też pomyślał o tym samym – dumał Rangnir – Zakładał pewnie, że wysmaruje się tym zielskiem i w ten sposób ściągnę na siebie uwagę bestii. Tylko jak ten mały śmierdziel chciał zabić górskiego warga? Może liczył na to, że pozabijamy się nawzajem? Jeżeli tak, to on też powinien być gdzieś w pobliżu – młody odruchowo spojrzał za siebie – trakt był jednak pusty. Wtem łowcy zaświtał pewna myśl. Wysupłał jeden liść z zawiniątka, zgniótł go i upuścił na ziemię.

– Chcesz przynęty, będziesz ją miał – zaśmiał się złośliwie. Od tej pory, w nieregularnych odstępach rozrzucał po jednym, po dwa liście. Niektóre zostawiał na gościńcu, niektóre ciskał w przydrożne krzaczory. W pewnym momencie wypatrzył niewielką łysinę między drzewami. Zeskoczył z konia i ostrożnie przedzierając się przez gęste poszycie dotarł na skraj polany. Miała mniej więcej owalny kształt, węższą stroną zwrócony w kierunku traktu. Długość jej Rangnir oceniał na jakieś trzydzieści, może czterdzieści kroków. Dokładnie po środku sterczał z ziemi głaz, sięgający człowiekowi nie wyżej niż do pasa. Różnokolorowe zioła przetykały gruby dywan trawy zaścielający całą polanę. Ostrożnie, trzymając się linii drzew, młody łowca przeszedł w najdalszy koniec polany. Następnie wprowadził wierzchowca kilkanaście kroków głębiej w las, uwiązał go do drzewa a na łbie zawiesił worek z obrokiem. Potem sam poszperał w jukach w nadziei znalezienia czegoś jadalnego.

– Poczekamy, zobaczymy – mruczał do siebie, przeżuwając paski suszonego mięsa. Posiliwszy się nieco, zaszył się w chaszczach na skraju polany. Czekał. Słońce zaczęło już chować się za drzewami, układając na trawie długie cienie. A drania jak nie było tak nie było. Rangnir zaniepokoił się – po zmroku nie wypatrzy goblina skradającego się przez krzaczory. Nagle coś zauważył: nieznaczny ruch gałązek po przeciwległej stronie polany. Wytężył wzrok, w zapadającym szybko zmierzchu ujrzał niewyraźną, zgarbioną sylwetkę goblina. Łowca mocniej ścisnął łęczysko i wyjął z kołczana strzałę zakończoną drewnianą kulką zamiast grotu. Trafienie takim pociskiem w głowę skutkowało utratą przytomności, a w najlepszym wypadku zamroczeniem. Kurdupel musiał jednak coś przeczuwać, bo w prawej łapie trzymał pordzewiałą maczetę i dodatkowo zasłaniał się sfatygowaną drewnianą tarczą. Co więcej, szedł mocno schylony, momentami wręcz na czworaka. Rangnirowi kojarzył się z psem szukającym kości. W pewnym momencie zamarł w bezruchu z podniesioną głową. Łowca był niemal pewien, że słyszy jak tamten pociąga nosem, próbując uchwycić zapach. Wtedy, ukryty kilkadziesiąt kroków głębiej w lesie koń młodego cicho parsknął. Goblin błyskawicznie odwrócił głowę w tamtym kierunku. Z przekleństwem na ustach, łowca szybkim ruchem nałożył strzałę i napiął łuk. Mierzył krótko. Z cichym skrzypnięciem łęczyska i jękiem cięciwy łuk wyrzucił tępo zakończony pocisk. Trafiony w skroń goblin padł na trawę jak kłoda. Nie tracąc czasu Rangnir skoczył w kierunku leżącego. Zaciągnięcie nieprzytomnego ciała na środek polany, w pobliże głazu nie sprawiło większego problemu.

Upewniwszy się, że goblin nie oprzytomnieje zbyt szybko (kontrolny cios w głowę rękojeścią sztyletu), wrócił do miejsca w którym ukrył konia i z juków przy siodle wyjął kilka łokci mocnego sznura. Wróciwszy z powrotem na polanę przyjrzał się swojej zdobyczy. Wytarty skórzany kaftan, połatany w kilku miejscach, równie połatane i niesamowicie brudne portki z grubego sukna, całość spięta szerokim pasem z zaśniedziałą klamrą. Wizerunku włóczykija dopełniała sakwa przewieszona przez ramię. Rangnir nie był na tyle ciekawy, aby sprawdzać jej zawartość. Jego uwagę przykuł za to nikły błysk w okolicach prawej dłoni goblina. Zaintrygowany podniósł do oczu rękę leżącego, odrzuciwszy uprzednio maczetę. Dopiero teraz zauważył cienki stalowy łańcuszek owinięty wokół nadgarstka. Zawieszony na nim kawałek nieoszlifowanego kryształu górskiego opalizował lekko. Łowcy wydawało się, że wewnątrz kamienia wywiercono cienki kanał. Było już za ciemno, żeby zobaczyć coś więcej, tak wiec Rangnir schował dziwny wisiorek w zanadrze i zabrał się do roboty. Po chwili na środku polany pozostał już tylko niewysoki głaz z przywiązanym do niego zakneblowanym goblinem. Dodatkowo kubrak nieszczęśnika został starannie natarty resztką liści bagiennej tarniny i w związku z tym rozsiewał wokół siebie niezwykle kuszącą woń. Oczywiście nie dla każdego kuszącą. Człowiek nie zwróciłby raczej uwagi na intensywnie ziołowy aromat z lekką nutką mułu, dorosły samiec bawołu opasa poczułby nagły przypływ chęci przedłużenia własnego gatunku, a górski warg… nie wiadomo. Jednakże Rangnir miał nadzieję, że wygłodniała po okresie godów bestia nie oprze się obietnicy sutego posiłku. Jedyne co mógł w tej chwili zrobić, to uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieję, że oldan będzie bardziej zainteresowany przynętą niż nim albo jego wierzchowcem. Łowca wybrał już kilka strzał, którymi uraczy swoją zdobycz. Wszystkie miały idealnie równe drzewca, starannie przymocowane lotki i ostre, harpunowate groty. Dla lepszego efektu w grotach wypiłowano płytkie rowki, w które można było nałożyć truciznę. Rangnir osobiście nasycił każdy z nich stężonym wywarem z diabelskiego ziela. Nie miał najmniejszego zamiaru wdawać się w walkę wręcz ze zwierzęciem mogącym jednym kłapnięciem potężnych szczek zmiażdżyć ludzką czaszkę jak gnijącą dynię. Ewentualne użycie miecza przewidywał tylko w razie konieczności dobijania.

Wieczorny zmierzch przeszedł tymczasem w ciemność nocy. Jako, że księżyc jeszcze nie wzszedł, Rangnir zdecydował się na użycie maści infrawizji. Wydobył zza koszuli mały gliniany słoiczek napełniony brązowoczerwoną mazią. Zanurzył w nim palce, a następnie przetarł nimi powieki. W pierwszej chwili jęknął głucho z przenikliwego bólu, który przewiercał czaszkę na wylot i dawał wrażenie jakby zamiast oczu miało się rozpalone węgle. Stopniowo jednak drażniące działanie maści ustępowało i Rangnir mógł otworzyć oczy. Magia zawarta w specyfiku kupionym za ciężkie pieniądze sprawiła, że mdłe światło gwiazd wystarczało młodemu łowcy, aby wyraźnie widzieć całą polanę, choćby nawet tylko w odcieniach szarości. Miał teraz czas mniej więcej do północy zanim maść przestanie działać.

V

– Trawa. Na pewno. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ciężko jest mieć jakichkolwiek wątpliwości leżąc gębą w wyżej wymienionej trawie. Jedyne wątpliwości jakie można mieć w tej chwili dotyczą powodu, dla którego leżę w tak niezwykłej dla siebie pozycji – Roshnakh myślał zawzięcie. Im więcej myślał, tym mniej bolała go głowa. To znaczy, bolała cały czas tak samo, ale jak myślał o czymś to było mu trochę lżej. Od jakiegoś czasu, mniej więcej od momentu odzyskania przytomności, zastanawiał się co też takiego mu się przytrafiło, że obudził się z nieziemskim bólem głowy, najprawdopodobniej związany. Podsumowując wypadki ostatniego dnia, licząc od momentu rozstania z młodym łowcą, doszedł do pewnych wniosków. Po pierwsze, cały czas szedł gościńcem znajdując tu i ówdzie liście bagiennej tarniny. Oczywiście potraktował je jako ślad niezwykle pomocny w tropieniu człowieka mającego stanowić przynętę na górskiego warga. Po drugie, w pewnym momencie węch podpowiedział mu, że należy skręcić z gościńca w las. Zapach liści był już silniejszy, ale ich samych już nie było, co sugerowało, że szczeniak zużył cały zapas. Nos zaprowadził go w końcu w pobliże niewielkiej polany. I tu zaczęły się kłopoty. Do znajomego aromatu bagiennej tarniny dołączył jeszcze jeden – ostry i drażniący zapach jełczejącego tłuszczu maści z mózgu i oczu gnolla.

– Tania podróba maści infrawizji – stwierdził z niesmakiem alchemik – Ograniczony czas działania i paskudne efekty uboczne. Niemniej jednak, młodziak jest sprytny, próbuje się zabezpieczać.

Powęszywszy jeszcze trochę wyczuł coś innego, bardziej niepokojącego. W wieczornym powietrzu unosił się słaby, bardzo słaby zapach pewnego ziela. Roshnakh miał z nim do czynienia tylko raz w życiu, kiedy pewien zabójca przyniósł mu dzwoniący złotem mieszek, sakiewkę pełną dziwnie wyglądających liści i sztylet. Szeroka głownia pokryta była głębokimi żłobieniami. Cały dzień i całą noc zajęło Roshnakhowi przygotowywanie trucizny i nasączanie nią ostrza. Goblin nigdy już potem nie widział milczącego półorka z paskudną szramą przez twarz, który zapłacił mu dwieście sztuk złota za zatrucie sztyletu wywarem z diabelskiego ziela. Możliwe, że łowca również posiadał spreparowaną w ten sposób broń.

Przeczuwając kłopoty, Roshnakh ściągnął z grzbietu tarczę i przymocował ją sobie do lewego ramienia. Następnie wydobył spod kubraka swój magiczny amulet. Wiedział, że moc w nim zawarta była na wyczerpaniu. Mimo to zawiesił go sobie na prawym nadgarstku.

– Tak, na wszelki wypadek – mruknął do siebie. Uzbrojony w wysłużoną maczetę ostrożnie zaczął przedzierać się przez zarośla otaczające skraj polany. Naraz usłyszał ciche parsknięcie konia dobiegające z lasu po przeciwległej stronie polany. Znieruchomiał. Zdążył jeszcze pomyśleć:

– Ten drań czekał na mnie… – i obudził się związany, zakneblowany, z nosem w mokrej trawie i z potwornym bólem głowy. Rozejrzawszy się na boki stwierdził, że został przywiązany grubym sznurem do wielkiego (z jego perspektywy) kamienia, który zauważył wchodząc na polanę. Kolejną pozycją jaką dopisał do listy stwierdzeń był bardzo intensywny zapach liści bagiennej tarniny. Po krótkim czasie, rozważywszy wszystkie ewentualności, Roshnakh doszedł do wniosku, że to jego kubrak wydziela ten upiorny aromat. Nietrudno było się domyśleć, co się teraz może stać.

– Nie przypuszczałem, że tak skończę – pomyślał zrezygnowany – zredukowany do roli przynęty na grubego zwierza.

Odwrócił się na grzbiet. Niestety, skrępowane na plecach ręce nie pozwoliły mu zbyt długo podziwiać rozgwieżdżonego nieba. Nagle do jego uszu dotarł dziwny szelest. Nie był to miarowy szum liści poruszanych nocnym wietrzykiem. Był to dźwięk z rodzaju tych, które nakazują małym zwierzątkom chowanie się w najciemniejszych zakamarkach i trzymanie gęby na kłódkę. Kojarzył się z cichą i dyskretną śmiercią. Tak przynajmniej wydawało się Roshnakhowi – związanemu, przymocowanemu grubym powrozem do ciężkiego kamienia, przeznaczonemu na przynętę dla groźnego drapieżcy. Oczywiście, że mogła to być łania jelenia Yrana idąca na żerowisko, ale… w takim przypadku Roshnakh nie wyczułby charakterystycznego, ostrego odoru wilgotnej sierści. Psiej sierści, jeżeli chodzi o ścisłość. Wyobraźnia podsunęła goblinowi obraz wielkiego, burego cielska zakończonego z jednej strony grubym, puszystym ogonem, a z drugiej łbem jak ceber opatrzonym paszczą pełną ostrych zębów. Obraz dodatkowo opakowany był w futro i wpatrywał się w Roshnakha wielkimi świecącymi ślepiami, w których błyszczały ogniki inteligencji. Jak na wyobraźnię, obraz był bardzo realny. Za bardzo. Goblin wstrząsnął głową, aby odegnać wizję. Nie udało się. Roshnakh niemal czuł jak siwieją mu włosy – na polanę ostrożnym krokiem skradał się oldan – górski warg.

VI

– Spore bydlę – pomyślał Rangnir obserwując bestię skradającą się w kierunku przynęty. Delikatnie ujął w dłoń nasyconą trującym wywarem strzałę. Wstrzymując oddech nałożył ją na cięciwę. Wiedział, że musi trafić za pierwszym razem. Wiedział, że pośpiech może go zgubić. Wiedział również, że narastające pieczenie powiek zwiastuje kończące się działanie maści infrawizji. Wiedział, że za chwilę będzie ślepy jak nowonarodzone szczenię.

Powoli, żeby skrzypienie łęczyska nie doszło do czujnych uszu oldana, napiął łuk i starannie wycelował. Mierzył w gruby, pokryty długą sierścią kark zwierzęcia. Zatruta strzała nie musi wbić się głęboko w ciało, żeby śmiertelnie ugodzić cel. Wstrzymując oddech gwałtownie wyprostował palce napinające cięciwę. Strzała ze świstem pomknęła w kierunku wielkiego warga. Zaraz potem Rangnir ujrzał jak śmiertelnie ranny zwierz wypręża bure cielsko w ostatnim skoku, po czym pada na trawę w przedśmiertnych drgawkach. Ale młody łowca nie widział już martwego zwierzęcia, efektu swojego łuczniczego kunsztu, tylko pękaty mieszek z pobrzękującą zawartością. Schował łuk do kołczana wraz z resztą zatrutych strzał owiniętych w szmatkę. Odczekał chwilę, zanim pozbawione wpływu magicznej maści oczy przywykną do światła księżyca. Co zrobić z „przynętą” zastanowi się później. Najpierw obejrzy swoją zdobycz. Z tą myślą łowca śmiało wyszedł z kryjówki i niespiesznym krokiem podążył w kierunku drugiego końca polany.

VII

– Idź sobie, sio, precz – goblin starał się myśleć jak najgłośniej – jestem niejadalny, trujący i do tego paskudnie smakuję na surowo! – myślom towarzyszyły zduszone jęki dobiegające zza knebla. Oldan był od niego oddalony o kilkanaście kroków. Nawet z tej odległości wydawał się ogromny. Dłuższy i wyższy od swoich wilczych krewniaków, szedł powoli z nisko opuszczonym łbem. Przyglądał się przywiązanemu do kamienia goblinowi z ciekawością. Nie był to z pewnością młody, niedoświadczony osobnik, tylko starszy samiec. Roshnakh widział nitki siwizny przetykające burą sierść wokół pyska. Nie zmieniało to jednak faktu, że zmęczony gonitwą za samicami i walkami z konkurencją miał ochotę na małe conieco. Nęcił go zapach łatwej zdobyczy, a z drugiej strony wzrok podpowiadał, że coś jest nie tak. Zatrzymał się niezdecydowany. Warknął głucho, podniósł łeb wyżej i zaczął węszyć. Wydawało się, że stracił zainteresowanie goblinem, bo nagle odwrócił się do niego bokiem, położył uszy po sobie i wyszczerzył kły. W tym momencie Roshnakh usłyszał cichy, metaliczny szczęk a zaraz potem przeciągły świst i tępy odgłos uderzenia. Warg wyskoczył do przodu wyciągnięty jak struna i padł na bok. Jednocześnie w miejsce gdzie przed chwilą stał wbiła się strzała z potrójnym, farbowanym na czarno pierzyskiem.

– Tu jest jeszcze ktoś, i sprzątnął młodemu zdobycz sprzed nosa! – pomyślał Roshnakh.

Tymczasem oldan jeszcze przez chwilę grzebał konwulsyjnie łapami, po czym zamarł w bezruchu. Spod prawej łopatki sterczał gruby bełt, wbity niemal po lotki.

VIII

– Stój chłopcze – spokojny, przyciszony głos dobiegał z cienia zalegającego w zachodnim końcu polany. Rangnir zatrzymał się w pół kroku. Powoli, trzymając dłoń na rękojeści miecza, odwrócił się w kierunku z którego doń mówiono.

– Zostaw to żelazo, chłopcze. Na wszystko przyjdzie czas. Teraz musimy zamienić parę słów. Cofnij się trochę i stań przy tym kamieniu, do którego przywiązałeś tego małego brudasa.

Rangnir bez słowa spełnił żądanie. W głowie miał kompletny chaos. Nie był w stanie wymyślić niczego sensownego. Wiedział tylko, że Kodeks Katana nie przewiduje kar za kłusowanie oldanów.

– Rangnir syn Rasmunda – ciągnął głos – Zupełnie jak twój ojciec, gdy był w twoim wieku. Wy, ludzie, i tak już jesteście wystarczająco jednakowi, ale wy dwaj… – Rangnir, któremu już przeszedł pierwszy szok, uznał, że należałoby przemówić. Co też uczynił.

– I przyszedłeś tu na jakieś zadupie, w środku nocy, żeby wypominać mi podobieństwo do mojego własnego ojca? – wyrzucił z siebie przez ściśnięte gardło. W głosie i akcencie mówiącego było coś, co nakazywało młodemu łowcy mieć się na baczności.

– Bynajmniej, chłopcze – odpowiedział głos – Ale, ale… tak tu sobie rozprawiamy jak gdyby nigdy nic a ja ci się jeszcze nie zdążyłem przedstawić. Rankhorn-as-Inssa, do usług.

Rangnir kątem oka dostrzegł, że leżący do tej pory nieruchomo goblin, na dźwięk tego imienia zrobił ruch jakby chciał wpełznąć pod kamień, do którego był przywiązany. Imię, które wymienił jego tajemniczy rozmówca nic mu nie mówiło, poza tym, że musiało należeć do reptilliona.

– Skoro już jesteśmy sobie przedstawieni – wycedził łowca – czy mógłbym cię również zobaczyć?

– Wybacz, zapomniałem o pewnych ograniczeniach z jakimi musi zmagać się wasza rasa. Ja cię widzę doskonale… – mówiąc to reptillion wyszedł z cienia. Był mniej więcej tego samego wzrostu co Rangnir, tyle że niemal o połowę szerszy w barach. Masywny tułów wieńczyła mała okrągła głowa nakryta otwartym hełmem. Szeroką klatkę piersiową chronił lekki stalowy napierśnik, na przedramionach zapięte były karwasze z grubej, ćwiekowanej skóry. Całości zbroi dopełniały skórzane nogawice z kolczymi nagolennikami. Przybysz nie był również bezbronny. Na lewym boku zawieszony był toporomiecz – tradycyjna broń tej gadziej rasy. Wyglądał jak krótki miecz, do którego na wysokości zastawy, poniżej sztychu przymocowano żeleźce topora obosiecznego. W prawym ręku spoczywała kolba ciężkiej kuszy. Rangnir poczuł jak serce podchodzi mu do gardła. Broń miała napiętą cięciwę, a w rowku umocowany bełt z klinowatym grotem.

– Mogłeś mnie zastrzelić, gadzino – Rangnir starał się nadać swemu drżącemu głosowi dumne i aroganckie brzmienie. Nie wyszło mu. – Dlaczego tego nie zrobiłeś?

– Mogłem – zgodził się reptillion, ignorując fakt nazwania go gadziną – i zrobiłbym to, gdybyś był zwykłym kłusownikiem. Skończyłbyś wtedy z grotem w gardle jak twój nie-świętej i z całą pewnością nie-błogosławionej pamięci ojciec. – Rankhorn-as-Inssa wykrzywił wąskie bezkrwiste wargi w grymasie, który u reptillionów uchodził za uśmiech od ucha do ucha. – Ty zasługujesz na coś innego.

– Czym zasłużyłem sobie na taką łaskę? – zapytał Rangnir matowym głosem.

– Jesteś renegatem z Gildii Łowców, wykorzystujesz nabyte umiejętności w niegodny sposób, wysługujesz się orkom – reptillion niemal wypluł to ostatnie słowo – To poważne wykroczenia. Tak więc w twoim przypadku łaską nazwałbym właśnie kawałek zadzierzystego żelaza tkwiącego w szyi i kilka chwil krztuszenia się własna juchą – reptilion wbił w Rangnira spojrzenie swoich nieruchomych, gadzich oczu. Z jego głosu zniknął całkowicie lekki, rozbawiony ton dający się słyszeć na początku rozmowy. Łowca zadrżał.

– A więc przysyła cię książę -as-Thill – bardziej stwierdził niż zapytał starając się nie patrzeć na połyskujące w świetle księżyca ostrze toporomiecza.

– Nie do końca, człowieczku. Książę tylko powiedział mi o tobie i uprzejmie zapytał czy mógłbym coś poradzić w tej kwestii. Rankhorn-as-Inssa ma tylko jednego zwierzchnika. I wierz mi nie jest to ani Mistrz Gildii Łowców, ani Najstarszy Druid ani nawet sam Katan. Zwłaszcza Katan – oczy reptiliona rozbłysły złowrogim ogniem. Szybkim ruchem skierował kuszę w stronę, gdzie leżał przywiązany do kamienia goblin, po czym ściągnął spust. Bełt z głuchym pacnięciem wbił się w darń tuż przed nosem „przynęty”. Reptilion przewiesił kuszę przez plecy i dobył toporomiecza. Wszystko to stało się tak szybko, że Rangnir zdążył tylko pomyśleć \”Co on wyprawia…?\” Rankhorn podszedł kilka kroków do przodu. Dopiero teraz młody łowca zobaczył, że na napierśniku reptiliona wygrawerowany jest ornament w kształcie wielkiego kła.

– Tak jak powiedziałem na początku naszej przemiłej konwersacji – odezwał się tymczasem Rankhorn swobodniejszym tonem – przyszedł czas na dobycie żelaza. Masz prawo się bronić, człowieku. Ja zaś mam obowiązek cię zabić.

– Bardzo to honorowe z twojej strony – odparował Rangnir, kładąc nacisk na słowo „honorowe” – ale światło księżyca nie wystarczy, żebym cię widział wystarczająco dobrze. Twoje oczy nie podlegają takim ograniczeniom jak moje – Rangnir chciał zyskać na czasie i usilnie próbował wymyślić jakiś sposób na wykręcenia się z całej sytuacji. Pojedynek z reptillionem nie wydawał się ciekawą perspektywą.

– Słusznie zauważyłeś, teraz i ja dostrzegam swój błąd i błagam o wybaczenie – Rankhorn skłonił głowę. Następnie sięgnął za pas i wydobył niewielki, okrągły przedmiot opleciony rzemienną siatką. Przez chwilę ściskał go w ręku szepcząc coś we własnym języku, po czym rzucił go w trawę, tuż pod nogi Rangnira. Oszlifowany kawałek kwarcu zaczął świecić jasnym, zimnym światłem.

– Bądź łaskaw położyć go na tym kamieniu – reptillion wskazał sztychem toporomiecza głaz z przywiązanym do niego goblinem – To powinno wystarczyć.

Rangnir bez słowa wykonał polecenie. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nawet nie próbował się przeciwstawić słowom Rankhorna. Było coś niepokojącego w głosie i gestach jaszczura. Coś co odzierało człowieka z resztek własnej woli. Łowca dobył miecza. Klinga zalśniła zimnym, metalicznym blaskiem. Ten widok dodał mu otuchy.

– Dobrze więc, gadzino – wycedził przez zaciśnięte zęby – zobaczymy czy tak samo sprawnie wymachujesz tym swoim złomem jak mielesz ozorem.

IX

– Nie powinien był tego mówić – pomyślał skulony za kamieniem Roshnakh. Przez chwilę czuł coś w rodzaju litości dla swojego niedawnego prześladowcy, ale tylko przez chwilę. Szanse młodego w walce z reptillionem oceniał w najlepszym wypadku na mizerne. Zbyt dobrze znał tego konkretnego jaszczura. Nie osobiście, rzecz jasna, ale nasłuchał się opowieści o nim przesiadując w gospodach stojących przy leśnych traktach u podnóża Rozszczepionych Gór. Rankhorn-„Nie muszę cię dzisiaj zabijać”-as-Inssa nie był specjalnie znany w większych miastach. Unikał ich z bardzo prozaicznego powodu – zapiekłej nienawiści do orków i wszystkiego co ich dotyczy. Goblinów też chyba nie lubił, o czym wymownie świadczył bełt z jego kuszy, który omal nie przybił Roshnakha do ziemi.

Rankhorn był ponoć kiedyś kapłanem Reptiliona Wielkiego – bóstwa jaszczurów, ale widać mierziło go życie w klasztorze i wstąpił do Gildii Łowców. Od tamtej pory można go było spotkać w lasach południowego krańca Orkusa Wielkiego. Podobno pracował dla Gildii jako tropiciel i likwidator uciążliwych kłusowników, renegatów i wszystkich innych, którzy w ten czy inny sposób narazili się księciu Kassarowi. Tak czy inaczej, na hasło „Podobno w okolicy widziano Rankhorna” wygłoszone w dowolnie wybranej gospodzie, okolicznym kłusownikom miękły kolana. Z resztą nie tylko im. Nigdy nie miało się całkowitej pewności na kogo w danym momencie poluje „hycel księcia Kassara”. To niezbyt pochlebne przezwisko powtarzano tylko wtedy, gdy istniały żelazne dowody, że Rankhorn wybrał się gdzieś bardzo, bardzo daleko. Najlepiej na inny archipelag. Co ponoć czasem się zdarzało. Chodziły słuchy, że bywał na innych wyspach Archipelagu Centralnego, a nawet zapuszczał się na tereny dawnego imperium reptilionów. Roshnakh słyszał o Archipelagu Walgar wystarczająco dużo, aby nie mieć najmniejszej ochoty się tam znaleźć. Zadrżał na myśl o wyspach pełnych pazurów, ogonów i toporomieczy. Zwłaszcza pazurów.

Zgrzyt metalu o metal sprowadził Roshnakha z dalekich podróży z powrotem na leśną polanę. Goblin wystawił ostrożnie głowę zza kamienia i przyjrzał się walczącym. Nie znał się zbyt dobrze na walce wręcz, ale od razu zauważył różnice w sposobie walki obydwu przeciwników. Dysponujący dłuższym ostrzem łowca mógł mieć teoretyczną przewagę nad reptilionem. Nie mógł jednak w pełni wykorzystać tego atutu, bowiem kształt toporomiecza umożliwiał przeciwnikowi zakleszczenie klingi. Tak więc młody próbował skrócić dystans i wyprowadzał szybkie pchnięcia. Reptilion z kolei nie wykonywał na razie ani jednego ofensywnego ruchu. Ograniczył się jedynie do uników, odbijania cięć łowcy, kilka razy próbował uchwycić jego miecz wykorzystując rozszerzenia w klindze swej broni, ale nic poza tym. Stał w miejscu na lekko ugiętych nogach sprawiając wrażenie drapieżnika szykującego się do skoku, czekającego na odpowiedni moment. Tymczasem młody nie ustawał w próbach przebicia się przez jego obronę. Kilka razy Roshnakhowi wydawało się, że miecz łowcy znajdzie drogę do gardła reptiliona, ale kończyło się na zgrzycie stali i klinga Rangnira tylko cudem unikała zablokowania w szerokim, wachlarzowatym ostrzu toporomiecza.

Nagle Rankhorn zaatakował. W momencie, gdy Rangnir wyprowadzał kolejne pchnięcie, reptilion gwałtownym skrętem tułowia uniknął ostrza, po czym kontynuując obrót zadał zamaszysty cios toporomieczem. Zaskoczony łowca z ledwością zdołał uchylić się przed lśniącym półkolem. Kolejny cios reptiliona trafił na pospiesznie wzniesioną zastawę krzesząc snop iskier z obydwu ostrzy. Od tej pory role się odwróciły. Teraz to młody został zepchnięty do defensywy, odskakując przed zamaszystymi cięciami przeciwnika i odbijając pchnięcia celujące w brzuch. Kilka ciosów toporomiecza doszło jednak do celu i kolczuga Rangnira była rozerwana w paru miejscach. Jego miecz tak samo kilka razy zgrzytnął o napierśnik lub hełm reptiliona, ale jak do tej pory żaden z walczących nie doznał uszczerbku na zdrowiu.

W pewnym momencie Rangnirowi udało się ominąć zastawę reptiliona i wąski sztych miecza pomknął w kierunku szyi Rankhorna. Ten znowu uchylił się półobrotem – nie dość szybkim jednak, bo ostrze łowcy przecięło kilka łusek i otworzyło niewielką, ale krwawiącą ranę. Reptilion zasyczał gniewnie i odskoczył. Rangnir uśmiechnął się złośliwie, z trudem łapiąc oddech.

– Będę nosił kurtkę z twojej skóry, gadzino – wysapał.

– Niedoczekanie twoje – pomyślał Roshnakh – dla reptiliona taka rana to tylko draśnięcie. Ty na jego miejscu wykrwawiłbyś się jak zarzynany prosiak, zanim zdążyłbyś przypomnieć sobie imię swojej matki.

Jakby na potwierdzenie tych myśli, Rankhorn wyprostował się i uchwycił oburącz rękojeść toporomiecza.

– Masz ochotę na moja skórę, tak? – wysyczał – to chodź i ją sobie weź.

Rangnir wzniósł miecz nad głowę i runął na reptilliona zadając straszliwy cios, który powinien rozrąbać przeciwnika na pół. Tak się jednak nie stało. Spadające z wielką szybkością ostrze trafiło prosto pomiędzy sztych a rozszerzające się żeleźce toporomiecza. Z przenikliwym zgrzytem miecz Rangnira pękł, zostawiając mu w dłoni rękojeść z fragmentem głowni. Rankhorn odskoczył od niego, cały czas trzymając oburącz swoją broń.

– Mówiłeś coś o mojej skórze, czyż nie? – zapytał cicho. Krew z rany na szyi skapywała powoli na napierśnik wypełniając wycięte na nim wzory. Młody łowca spojrzał na niego z nieskrywaną nienawiścią. Z gardła wydobył mu się niemal zwierzęcy warkot. Wyszarpnął zza pasa sztylet i rzucił się na reptiliona wymachując ostrzem na oślep. Swój ostatni w tej walce manewr Rankhorn obliczył bezbłędnie. Stojąc bokiem do szarżującego łowcy, opuścił swoją broń i czekał aż przeciwnik znajdzie się w odpowiedniej odległości. Nadbiegającego łowcę trafił potężny cios skierowany z dołu, z prawej strony. Szerokie ostrze rozdarło kolczugę i pogruchotało żebra. Z głębokiej rany trysnęła krew. Ciało Rangnira odrzucone siłą ciosu padło na stojący pośrodku polany kamień. Świecący do tej pory kawałek kwarcu zgasł zalany krwią.

X

– Nie udało ci się polowanie na grubego zwierza, co? – myślał Roshnakh starając się nie patrzeć w górę. Mniej więcej łokieć nad jego głową leżał przewieszony przez kamień Rangnir, syn Rasmunda, w tej chwili równie martwy jak wspomniany wcześniej kamień. Zastygła w wyrazie bólu i wściekłości twarz gapiła się na Roshnakha wytrzeszczonymi oczami. Z otwartych jak do krzyku ust płynęła wąska stróżka krwi kapiąc mu za kołnierz. Goblin z jednej strony chciał jak najszybciej opuścić towarzystwo trupa, a z drugiej nie bardzo chciał rzucać się w oczy reptillionowi.

– Nie wierć się, brudasie, bo cię pokaleczę – usłyszał tuż nad sobą głos Rankhorna. Po chwili poczuł dotyk zimnej stali na rękach, kiedy przecinano mu więzy, a niedługo potem silne szarpnięcie zerwało knebel. Kolejne szarpnięcie postawiło go w pozycji mniej więcej pionowej.

– Cały jesteś? – pytanie raczej nie należało do kategorii przyjaznych. Zwłaszcza, że zostało poparte solidnym potrząśnięciem.

– Na razie tak – wystękał Roshnakh – ale jeżeli to przesłuchanie potrwa trochę dłużej, to nie ręczę za skutki…

Rankhorn puścił ramię goblina. Ten zatoczył się nieco, ale najwyraźniej perspektywa przytulenia się do kamienia, z którym tak mocno do niedawna był związany ustawiła go do pionu. Reptilion obrzucił Roshnakha badawczym spojrzeniem, po czym wydobył spod ciała łowcy wygaszony już teraz kawałek kwarcu. Otarł go z krwi i schował w zanadrze.

– Odejdź. Nie muszę cię dzisiaj zabijać – rzucił zimno i odwrócił się poprawiając toporomiecz u pasa.

– Dzięki za uratowanie skóry. Mojej, oczywiście – odpowiedział Roshnakh – A co zamierzasz zrobić z tym? – odwrócił się, żeby wskazać na leżące w trawie truchło oldana. Nie usłyszał odpowiedzi. Spojrzał w kierunku, gdzie przed chwilą stał reptilion, ale nie zobaczył nikogo.

– Miała gadzina szczęście, że byłem związany i nie miałem przy sobie amuletu – mruczał Roshnakh, kiedy chwilę później ciągnął konia Rangnira przez chaszcze w kierunku gościńca. Zwierzę dźwigało na grzbiecie sakwy z dobytkiem młodego łowcy i Roshnakha. Nie było tego dużo. Goblin z wielkim żalem rozstawał się z martwym oldanem. Nie było możliwości zdjąć zeń skóry, o transporcie całości nie można było nawet pomarzyć. Na pociechę został jedynie wielki łeb bestii owinięty w płaszcz Rangnira. Sporo trudu kosztowało odrąbanie go.

– Może sprzedam, może obedrę ze skóry i zrobię sobie czapkę – dumał goblin drepcząc obok konia. – Właściwie to chyba nie wyszedłem najgorzej na tej całej awanturze. Przeżyłem, zdobyłem trofeum łowieckie – klepnął dłonią pakunek wiszący przy sidle. Klepnięty pakunek odbił się od końskiego boku i pacnął go w twarz. Przesiąknięte krwią płótno zostawiło po sobie ciekawy wzór, nadając obliczu Roshnakha wygląd straszliwego i wybitnie krwiożerczego wojownika wracającego z łupieżczej wyprawy.

XI

Na niewielkiej polanie, gdzieś w Zachodniej Puszczy został Rangnir, syn Rasmunda z Tagary Szarej. Kamień na którym leżał pokrywały stróżki jego krwi. Część zdążyła już zakrzepnąć, część płynęła leniwie napełniając kolejne szczeliny i rysy, łącząc się z sąsiednimi. Niektóre z tych rys i szczelin różniły się nieco od innych. Były jakby głębsze, bardziej regularne. Krew, która je wypełniała nadawał im kształt. Liter? Run? Symboli? Prawdopodobnie wszystkiego po trochu. Nagle jeden z ostatnich strumyczków krzepnącej już powoli krwi natrafił na jedną dość głęboką rysę. Ta powoli zaczęła się wypełniać. W miarę jak przybywało krwi ujawniał się kształt. Kształt prymitywnego rysunku. Wieki temu niewprawna ręka posługując się kamiennym dłutem wycięła w kamieniu zawiły kształt. Księżyc, dotąd skryty za chmurą, oświetlał teraz całą polanę. Promień zimnego światła padł na zalany krwią kamień. Zdawało się, że przez chwilę błądził po chropowatej powierzchni niczym palce jakiejś astralnej istoty.

Zatrzymał się na czerniejącym zakrzepłą krwią rysunku. Linie zadrżały, zaczęły wić się niczym węże. Nagle zadymiły i znikły. Księżyc ponownie ukrył się za chmurą. Ofiara została przyjęta.

Bookmark the permalink.

6 Comments

  1. Nie skomentuję chwilowo całości, albowiem jestem w pracy, a tekst jest na tyle obszerny, że nie zdołam go przeczytać nie narażając się jednocześnie na zdemaskowanie przez szefa (rozumiecie, pewnie byłby zaintrygowany faktem, że jego pracownik trwoni czas na zajęcia inne niż obowiązki) – lecz co rzuciło mi się w oczy podczas pobieżnego obejrzenia tekstu to KONIECZNOŚĆ dokładnej korekty – zarówno pod kątem ilości "krzaczków" jak również dostrzegalnych tu i ówdzie błędów ortograficznych.

    Samo opowiadanie przeczytam po powrocie z nocki.

  2. Dobre, naprawdę świetne! Dobrze się czyta, duz elementów komicznych, a zarazem bardzo ciekawa historia w klimatach KC 🙂 Bardzo sprawne językowo, w ogóle miodzik 🙂
    Zakonczenie świetne, zapowiada ciąg dalszy 😉 ?

    Z uwag:
    – Roshnakh wiedząc, ze łowca ustrzelił gołebia w locie mógł się chyba zorientować, ze to nie młokos? Mnie to od razu nie grało, jakby za wysoka biegłość na początkującego 🙂
    – Rangnir, skoro miał maść Nokt-Wiz-Ora nie musiał chyba się obawiać, że nie wypatrzy brudasa?
    – Wysmarowanie goblina, zabrakło mi w jaki sposób Rangnir to zrobił, żeby intensywny zapach nie został również na nim?
    – Oldan, zawiodłem się niedocenieniem jego inteligencji. Liczyłem, ze Oldan pokaże cos więcej i będzie jednym z rozgrywajacych w tej akcji, a może nawet bedzie gadał ? Szczerze to czytając spodziewałem się jakiś ciekawych efektów z inteligentnym wargiem, który będzie za sprytny, żeby sie nabrac na tak związaną i przyprawiną ofiarę posród odludnego lasu. Tym bardziej, że Rangnira mógł tez zdradzac zapach zielska (punkt wyzej). W kazdym razie zawiódł mnie, zachował się jak wilk-półinteligent, a nie Oldan 🙂
    – Rankhorn-as-Inssa, jak mniemam lubisz reptilionów? Koles jest tu jedynym lśniacym bohaterem 🙂 Brakuje mi przy nim powodu dla którego jego obecność pozostała tajemnicą dla goblina i warga (nikt go nie zwąchał)… może to była niewidzialnośc dla zwierząt 🙂 ?
    – Toporomiecz, nie podoba mi się akie rpzedstawienie tej broni. niby detal, ale robił mi zgrzyta przy czytaniu opisu walki.

    Podsumowujac: pisz więcej ! Świetnie ci to idzie. Uwag nie bierz za bardzo do siebie, inni by pewnie nawet nie zauwazyli 🙂

  3. Udane opowiadanie.
    Ja z kolei przyczepię się do reptilliona, który widział w ciemności – rozmawiali z tym człowiekiem w taki sposób, jakby cała rasa jaszczurów posiadała infrawizję.

  4. Co do uwag Hauerine'a
    1. alchemik nie musi się znać na łucznictwie :), a serio – faktycznie może trochę przekombinowałem.
    2. no tak, o jedno zdanie za dużo…
    3. bo to fachowy łowca był 🙂
    4. fakt, w tym miejscu skończyły mi się pomysły na wykorzystanie zwierzaka.
    5. a takie tam [i]deus ex machina[/i] 🙂
    6. jak masz lepszy pomysł to się podziel. spędziłem sporo czasu nad kartką próbując wyrysować możliwe konfiguracje wynikające z nazwy. Nigdzie nie znalazłem żadnej wiarygodnej ilustracji tego oręża. Z drugiej edycji podręcznika taż niewiele się można dowiedzieć.

    … a tak na marginesie, czy ktoś wie ile wynoszą obrażenia zadawane przez reptilliona w ataku pazurami? (pod warunkiem, że jeszcze je ma)

  5. Przeczytałem.
    Opowiadanie z gatunku "łatwe, lekkie i przyjemne". Podobało mnie się, czyta się przyjemnie i szybko. Całość w klimacie kryształów. Właściwie mamy w nim to co niezbędne. Przedstawienie bohaterów, pokazanie kilku profesji i kilka słów o świecie.
    Ja właściwie mam tylko dwie uwagi nieznacznie wpływające na moją ocenę ogólną.
    1. Jakoś dziwnie mi wyglądał opis alchemika z maczetą i tarczą. Ale to goblin więc może tak powinno być?
    2. Ten nieszczęsny wzrok reptiliona.
    Ogólnie – zachęcam do pisania kolejnych opowiadań.

  6. Raphaelus'ie na forum jest wątek poświęcony kwestii toporomiecza. Zerknij tutaj: [url]http://www.krysztalyczasu.pl/forum/viewthread.php?thread_id=83[/url]

    Tekstu gratuluję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *