Relacja z Kryształkonu nr 3

Piątek

Do dyspozycji łącznie 17 uczestników zlotu oddane zostało całe pierwsze piętro budynku oraz jadalnia i kuchnia na parterze, z której skorzystałem i przy okazji zamieniłem parę słów z gospodynią. Dowiedziawszy się, że tak liczną grupę do leżącego przy Inowłodzu Zakościela przyciągnęły ruiny zamku, ku mojemu rozbawieniu od razu założyła, że ma do czynienia z historykami, jednak wyprowadziłem ją z błędu przedstawiając nas jako miłośników fantastyki.

Większość osób znałem już wcześniej osobiście, głównie dzięki poprzednim Kryształkonom, jednak z satysfakcją odnotowałem kilka nowych twarzy. Część z nich nie miała wówczas kont na naszym portalu, ale zachęcaliśmy do wstąpienia w nasze szeregi. Pierwszy dzień zlotu to tradycyjnie moment przygotowywania się do sesji, ale dość szybko Mistrzowie Gry (Leobardis, Lightstorm oraz Sigil) zebrali chętnych do zabawy i sformowały się trzy grupy: doświadczona ekipa orchijskich typków, niekryjąca się z sympatią wobec bóstw uchodzących za złe, a czasem i nawet chaotyczne; mające konszachty ze zorganizowanymi grupami przestępcami wampiry, od których trzymałem się na wszelki wypadek z daleka oraz miła dla odmiany paczka, w której znalazł się między innymi rozumny kot i chyba wodnik, bo chudzina potrafił oddychać pod wodą z równą łatwością jak na lądzie.

Założyłem, że czytający te słowa podzielą moją ciekawość i swe kroki skierowałem do zwanego przeze mnie Hobbitonem pokoju łodzian pod wodzą Denvera (Serpent King jak się dzień później okazało), gdzie Sigil prezentował swój autorski system DRECARE.

Przysłuchiwałem się grze aż do momentu, gdy gracze zeszli w głąb jeziora i zaczęli filetować zajadłe ryby. Pora była na tyle późna, że nie mogłem już znieść myśli o ich smażeniu i sam zapadłem w odmęty łóżka na którym polegiwałem. Szczęśliwie zjawił się Hans tym razem aż z samego Krakowa i wniósł takie ożywienie w stonowaną podwodną atmosferę, że odzyskałem pełnię przytomności i jeszcze się przez całkiem długi czas kręciłem po piętrze i niejedno usłyszałem. Zdumiało mnie strasznie jak prowadzony przez Neskę czarodziej miast posiekać swych wrogów kulą piorunów i zaorać pobliski teren eksplozją, bawi się w jakieś proste i nieszkodliwe fajerwerki. Gdy zgłębiłem przyczynę tego stanu rzeczy, wyszło na jaw, że gracze nie za bardzo są świadomi potencjału prowadzonych bohaterów, gdyż nie mają nawet przy sobie opisów wszystkich znanych im czarów, a te wiszą już na łamach portalu od lat. Gdy w końcu ochłonąłem z tego niedowierzania, wskoczyłem do zimnej niestety pościeli. Ale byli i tacy, którzy doczekali chyba świtu nad stołem gry.

Sobota

Czegoj chyba zapomniał wyłączyć budzika na weekend, bo już o 9 rano otworzyłem oczy i nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić spod kołdry. Z niemałym zadowoleniem przyjąłem żarcik, że w kolejce do dwóch łazienek jest 30 osób, bo oznaczało to dodatkowe chwile lenistwa. Jednak – o zgrozo! – uczestnicy zlotu chyba zaczęli wchodzić do łazienek czwórkami, z czego dzień wcześniej kilku z nas miało niemały ubaw, gdyż dość szybko zwolniło się miejsce na poranną toaletę i z kompletem stosownych utensyliów udałem się dokonać wymaganych ablucji. Nie zdążyłem zrobić z siebie nawet karykatury ciacha, nim zza drzwi rozległy się głosy obwieszczające rychły wymarsz na zamek. Jakoś zniosłem myśl, że musiałem wyjść na dwór z częściowo mokrą głową, jednak faktu, że nie wydano mi żadnego śniadania, choć po cichu liczyłem nawet na jajecznicę, nie mogłem puścić w niepamięć.
Ruszyliśmy zwartą grupą do Inowłodza, notując w pamięci miejsca, które mogły odegrać jakąś rolę podczas reszty weekendu. Pomost widokowy, zabytkowy kościół, gospoda i sklep spożywczy stały się dla mnie takimi punktami nim jeszcze dotarliśmy do celu. Umiejscowiona w dolinie Pilicy warownia strzegła niegdyś komory celnej i przeprawy na rzece. Podczas potopu szwedzkiego zamek został zdobyty i zniszczony. Po częściowej rekonstrukcji budowli zwiedzającym udostępniono wieżę oraz piwnice. Drogę na szczyt urozmaicała zorganizowana na dwóch piętrach wystawa malarstwa pędzla i rzeźby dłuta jak mniemam lokalnych twórców. Z góry podziwiać można było okolicę, czemu sprzyjała słoneczna aura. Po podziemnej części warowni wiódł najdłuższy szlak dla turystów; w komnatach podziwiać było można repliki różnorakich sprzętów stanowiących wyposażenie zamku, choć trafiały się także przedmioty bardziej pasujące do jeśli nie współczesności, to nieodległej przeszłości. Największym zainteresowaniem zlotowiczów cieszyły się narzędzia represji stosowane wobec skazańców oraz trony przy których stały manekiny strażników.

Obowiązkowy „terenowy” punkt programu Kryształkonu, czyli wycieczkę do zamczyska zaliczyliśmy w iście ekspresowym tempie, gdyż już w południe towarzystwo zawitało do gospody na posiłek.

Choć większość pochłonęła spokojnie obiad złożony z dwóch dań, ze względu na wczesną porę zdecydowałem się w tym momencie jedynie na zupę. Zalewajka była bardzo smaczna, ale te 6 złotych nie było wcale wygórowaną ceną za prawdziwą, przygotowaną jak w domu zupę. Po posiłku ruszyliśmy z powrotem do Zakościela, tym razem zbaczając nieco z trasy, aby przyjrzeć się z bliska wybudowanemu w stylu romańskim kościołowi pod wezwaniem Świętego Idziego, wedle legendy ufundowanemu przez Władysława Hermana w podzięce za narodziny Bolesława Krzywoustego.

Zaaferowani oczekującymi nas jeszcze tego dnia atrakcjami, chwilowo zapomnieliśmy o pomoście widokowym nad Pilicą.

Wkrótce po dotarciu do naszej weekendowej kwatery, czekała nas premiera gry planszowej osnutej na motywach I tomu powieści pt. „Saga o Katanie” autorstwa Artura Szydlera. Jego syn, Never wytrwale szykował konieczne do gry karty już od samego przyjazdu w piątek. Celem rozgrywki jest przebycie okrytego jednocześnie mroczną tajemnicą, jak i niemniej ponurą sławą Labiryntu Śmierci. Uczestnicy gry muszą umiejętnie współpracować, łącząc talenty znanych z kart SoK bohaterów, gdyż wbrew pogłoskom komnaty labiryntu wcale nie obfitują w stosy magicznych przedmiotów. Niebezpieczeństw w postaci zmyślnych pułapek i bezlitosnych monstrów dla odmiany nie brakuje. Jakby tego było mało, pokonanie każdego z poziomów Labiryntu Śmierci wymaga konfrontacji z jego władcą, wobec którego nieskuteczne są najpotężniejsze moce z arsenału drużyny. Mimo tego, że gra posiada planszę, była ona tylko ozdobnikiem, co mogło jednak wynikać z faktu, iż rozgrywkę prowadziliśmy raczej w trybie testowym i na tym etapie bliżej jej było do karcianki.

Sam nie jestem fanem tego typu gier i jedyną, która zwróciła moją uwagę na dłużej była komputerowa adaptacja – Etherlords, z której zresztą pochodzi mój portalowy nick. Co ciekawe, nie ma on jednej wersji wymowy, więc nie potrafię autorytarnie odpowiedzieć zainteresowanym na pytanie, które mi postawili w tej kwestii. Najbardziej podoba mi się ‚tree ent’, ale nie zamierzam nikomu nic narzucać. Never otrzymał kilka sugestii mogących uatrakcyjnić rozgrywkę i zapobiec jej zdominowaniu przez graczy, którym trafiły się mocniejsze karty. Jest to jak najbardziej godna pochwały postawa – bardzo bym się ucieszył, gdyby jego ojciec okazał się równie otwarty podczas prac nad Złotą Edycją Kryształów Czasu.

Nim śmiałkowie przebili się przez wszystkie poziomy labiryntu, postanowiłem uzupełnić obiad o drugie danie we wspomnianej już wcześniej gospodzie. Po drodze skręciłem na pomost widokowy, z którego syciłem swe zmysły pięknem nadpilickiego pejzażu w promieniach powoli zachodzącego słońca. Spokój tego miejsca wraz z oznakami nadchodzącej wiosny sprawił, że nie mogłem nie polecić towarzystwu niedzielnej wycieczki nad brzeg rzeki.

Kiedy wróciłem posilony, płonęło już ognisko, nad którym piekły się zdobyte niechybnie po pokonaniu Labiryntu Śmierci kiełbaski i kromki chleba. Widząc, że biesiadnicy wcale się nie rozgrzali przy ogniu, próbowałem podsycać jego moc siłą własnych płuc, jednak nie dało to trwałego efektu. Gdy niektórym skończyły się zapasy, zaś innym apetyt zasadnicza impreza wróciła w mury budynku.

Drużyna spod ciemnej gwiazdy kontynuowała swe niecne sprawki, tym razem już bardziej świadoma własnego potencjału zaklęć. Rozpoczynały się także przygotowania do prowadzonej przez Venara sesji w Starym Świecie, podczas której odgrywani przez graczy bohaterowie mieli za zadanie rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw. Tymczasem przy stole będącym nieco wcześniej areną zmagań towarzyszy Katana, zebrało się małe grono osób (Hans, Knurion, lightstorm, Michał, Sigil i ja) spragnione wymiany poglądów i pogłębienia portalowych znajomości. Tematyka rozciągała się od filozofii i poezji poprzez etykę do sieci neuronowych i mechaniki kwantowej. Wyodrębniły się dwie grupy – humanistów i ścisłowców, które czasem prowadziły niezależne dyskusje i trudno mi było jednocześnie je śledzić. Nim udałem się na spoczynek, tym razem już do ciepłego dzięki wypożyczonemu z Hobbitonu przez czegoja grzejnikowi pokoju, poprzysłuchiwałem się jeszcze trochę peryptiom „detektywów”.

Niedziela

Dzień powitał nas piękną wiosenną pogodą i myśl o powrocie w wir pracy była wyjątkowo przykra. Po śniadaniu na stole zawitała Inwazja – karcianka w świecie Warhammera.

Choć większość uczestników postanowiła udać się jeszcze raz do gospody, przyjezdni z Łodzi najwyraźniej w planach mieli niedzielny obiad w domowym zaciszu i ominęła ich przyjemność wyprawy na pomost widokowy.

Nie mógłbym na spokojnie zakończyć relacji bez zdradzenia czytelnikom losów bohaterów rozgrywanych przygód.

Przepychanki wampirzych gangsterów zakończył mówiący po rosyjsku słusznej postury osobnik. Na jego paszli won! towarzystwo rozpierzchło się do znanych sobie kryjówek i dalsze ich losy zna pewnie tylko lightstorm.

Grupa, którą poprowadził Sigil wydobyła z głębin jeziora obiecane im przez ducha nieżyjącej od dawien dawna kobiety skarby, co pozwala mi sądzić, że śmiałkowie poczuli się spełnieni.

Niestety tajemnicy morderstw nie udało się rozwikłać i Venar nie mógł pogratulować sukcesu swoim graczom.

Dość nietypowy rezultat miały zmagania grupy, którą w swoisty sposób dokształciłem w dziedzinie czarów. Otóż polegli wszyscy z wyjątkiem postaci Bombiego, który rozżalony zrezygnował z dalszego samotnego boju. Podejrzewam jednak, że jego motywacja była całkiem inna i pozostaje mi tylko wyrazić uznanie wobec faktu, że nie chciał całej chwały dla siebie. To się nazywa lojalność wobec grupy!

Cieszę się, że udało mi się uczestniczyć w tym zlocie, spotkać zarówno stałych bywalców Kryształkonu, jak i nowe twarze. Bawiłem się przednio, choć nie grałem prawie wcale (zmieniłem na chwilę Leobardisa poczas planszówki Nevera) i piłem też raczej symbolicznie. Liczę na to, że impreza w Inowłodzu zaostrzy nasze apetyty na kolejne zloty i nie będę musiał liczyć lat, a jedynie miesiące pomiędzy tymi cementującymi naszą społeczność spotkaniami w miejscach bogatych w pamiątki przeszłości.

P.S. Podziękowania dla Michała za bogatą dokumentację fotograficzną.

Bookmark the permalink.

17 Comments

  1. Dzieki za relacje Treant. Knurion, jestes na ktoryms zdjeciu?

  2. Jak zwykle – bardzo dobre.

    P.S. Oggy – Knurion jest na zdjęciu zbiorowym pod zamkiem – ten najwyższy w okularach.

  3. Zacna recenzja Treant. Klarownie napisane. 🙂

  4. Dzięki. Knurion jest też na zdjęciu z ogniska – kuca po prawej stronie oraz z niedzieli – rozmawia z osobą zasłoniętą przez Molo.

  5. Ale mi fotę wybrałeś. Wyjdzie, że jestem wrednym MG 😛 Relacja z szczegółami. Super.

  6. Dzięki Treant, miło było sobie przypomnieć jeszcze raz ten zacny wyjazd;)

  7. Lightstorm – bo ty jesteś wrednym MG. 😛

  8. Łódź była na pomoście, nie zapomniała wracając, ba była i oglądała bunkry, które są za kościółkiem a konkretnie za cmentarzem przykościółkowym 🙂

  9. Fajna relacja tylko brakuj mi opisów przy zdjęciu kto jest kto, tylko Venra i Czegoja kojarzę. A jednak kobieta była a myślałem że samo męskie grono.

  10. Suriel, wybaczam nieznajomość osób, które zadebiutowały na Kryształkonie, ale żeby nie kojarzyć weteranów z Iłży? Co do Neski, to jej udział był wiadomy od dłuższego czasu niż mój 🙂

  11. Treant dziękuję za świetną relację.

  12. Kochani zlotowicze – wiecie dobrze, że kronikarz nie mógł być wszędzie naraz i zapewne jakichś ciekawostek brakuje. Weźcie przykład z gonzor1'a i napiszcie o swoich odczuciach. W końcu nie wiadomo kiedy czwarta edycja Kryształkonu, więc póki wspomnienia nie wyblakły – syćmy się nimi jak najdłużej.

  13. Dobra robota K:C

  14. Relacja bardzo dobra, ciekawe spojrzenie na zlot. Jeszcze raz dziękuję wszystkim przybyłym.

    P.S. Kobiety faktycznie, ciężko było zidentyfikować…

  15. Nieźle Treant , nieźle . Jak zwykle najwyższy poziom. Nawet dodałeś troszkę pikanterii 😉 opisując zdjęcie z ogniska hehe .

  16. Nie byłoby relacji bez Kryształkonu, a tegoż bez determinacji venara :/uklon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *