Relacja z Kryształkonu nr 4

Piątek

Położona niedaleko od Rawy Mazowieckiej Wólka Lesiewska powitała nas piękną wiosenną pogodą. Sielankowe wrażenie potęgowała soczysta zieleń roślinności, ptasie trele, łasząca się do ludzi kotka oraz kumkanie żab w stawie stanowiącym swoiste centrum atrakcji, które oferuje gospodarstwo agroturystyczne. Z obszernej altany mieliśmy dobry widok na dzieci, które zjeżdżały na linie ze zbudowanego specjalnie dla nich domku na drzewie.

Choć była możliwość rozpalenia ogniska, chętni na konsumpcję gorących wiktuałów zdecydowali się na grillowanie. Ku uciesze nie mogących się doczekać kolacji, gospodarz szybko rozżarzył węgiel drzewny za pomocą specjalnie przystosowanego palnika gazowego. Tymczasem czegoj przygotowywał postacie i niektórych prowadzących ich graczy do wejścia w realia Kryształów Czasu. Drużyna szybko została nazwana grupą żebraków, gdyż niemal wszyscy bohaterowie zaliczyli ten zawód w swojej dotychczasowej karierze.

Nie nastawiałem się wcale na granie, toteż zostałem zaskoczony propozycją prowadzącego w settingu WFRP 2ed venara dołączenia do kolegów, z którymi przyjechałem na zlot. Choć spośród wylosowanych profesji najbardziej predysponowaną do udziału w eksploracji Starego Świata wydawał mi się złodziej, uległem sugestii Mistrza Gry, który stwierdził, że potencjał niepiśmiennej drużyny wzrósłby najbardziej, gdyby zasilił ją otrzaskany ze starymi woluminami skryba. Okazało się, że dołączyłem tym sposobem do grupy, która na poprzednim zlocie usiłowała rozwikłać tajemnicę serii morderstw. Moje wcześniejsze przeczucia co do umiarkowanej przydatności w paczce awanturników oderwanego nieco od prozy życia uczonego znalazły szybko potwierdzenie, gdy miast zanurzać koniec dutki w inkauście, Larandar nazwany przez maniusowego włóczykija Lalala jął maczać groty strzał wystrzelonych z elfiego łuku we krwi zajadłych wynaturzeń.

Nie pozwólmy jednak niezaprzeczalnie dzielnym bohaterom niepostrzeżenie zdominować relacji z imprezy zorganizowanej między innymi dla prowadzących ich graczy i wróćmy do rzeczywistości osnutej wokół altany. Z radością powitałem przybycie wprawdzie minimalnie udzielającego się na łamach portalu Hansa, który jednakże konsekwentnie i aktywnie uczestniczy w kolejnych edycjach Kryształkonu docierając na miejsce – co nadmienię jako ciekawostkę – każdorazowo innym samochodem. Tym razem, bez najmniejszego cienia wątpliwości sportowym wozem wybraliśmy się w poszukiwaniu sklepu, który zapewniłby nam dostęp do produktów żywnościowych na resztę imprezy. Wprawdzie wieczorna pora implikowała mniejszą dostępność pieczywa, jednak podstawowy cel, jakim było dla mnie zlokalizowanie punktu zaopatrzeniowego został osiągnięty. Pogoda miała tego dnia dla uczestników zlotu jeszcze jedną niespodziankę: solidny deszcz nie tylko przypomniał o tym jak kapryśna potrafi być aura, ale i spowodował przeniesienie sesji, w której debiutowałem do pokoju zajętego przez graczy z Łodzi, co oznaczało dla mnie brak dalszej możliwości przysłuchiwania się perypetiom „grupy żebraków”, która – jakby powiedzieli złośliwi – i tak została dobrze potraktowana, skoro mogła podczas intensywnych opadów zostać w altanie. Zdołałem tylko przelotnie stwierdzić, że los nie był dla nich litościwy, gdyż utracili swe humanoidalne powłoki, jednak więcej nie zdradzę, bo być może popsułbym kiedyś komuś zabawę.

Sobota

Pomny obowiązku zaprowiantowania się na resztę imprezy, dość karnie wstałem po sygnale budzika. Korzystając z tej sposobności, postanowiłem przyjąć zamówienia na dostawę pieczywa od tych uczestników, którzy nie przyjechali, podobnie jak ja kompleksowo zaopatrzeni. Traf jednak chciał, że albo miałem do czynienia z wyekwipowanymi na cały czas pobytu, albo z tymi, którzy nie byli jeszcze gotowi przyjąć do wiadomości, że nastał już kolejny dzień. Pokonałem tę samą trasę, co dzień wcześniej, tym razem już bez sportowego wozu wraz z szoferem. Było dość gorąco, ale wycieczkę urozmaicały mi pejzaże spokojnej, cichej wsi, gdzie czas zdawał się płynąć niemalże leniwie. Na szczęście było to jedynie wrażenie przywykłej do miejskiego gwaru osoby, bo upał stał się jak na mój gust już zbyt uciążliwy.

Po śniadaniu znów przyszło mi się wcielić w początkującego jako poszukiwacza przygód elfiego skrybę, gdyż w przeciwieństwie do pozostałych sesji, te prowadzone przez venara składały się na dłuższą kampanię. Zajęliśmy tym razem fragment altany, podobnie jak grupa przygotowujących się do zabawy w świecie Wampira Maskarady graczy i MG, którym okazał się być debiutujący na Kryształkonie i – jak mniemam – dzień wcześniej również na Orchii Paweł W.

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, do zlotu dołączyli późniejsi uczestnicy prowadzonej przez Hansa przygody – Knurion oraz Jumper52. Nim to trio zagłębiło się w świecie Kryształów Czasu opartym jednakże na specjalnie dostosowanej mechanice Klanarchii, zdążyli przedyskutować ileś tematów związanych z naszą rzeczywistością. Ona sama też postanowiła wszystkim o sobie przypomnieć poprzez uczucie głodu przechodzące niekiedy w burczenie w brzuchu. W efekcie zaczęliśmy w grupkach wielkości determinowanych przez pojemność pojazdów wycieczki w kierunku różnorakich jadłodajni. Przypadek sprawił, że zamiast do pizzerii venar i jego gracze trafili do innego włoskiego lokalu, w którym posiliłem się smacznym spaghetti. Inni także sprawiali wrażenie sytych i zadowolonych z dokonanego wyboru, skutkiem czego postanowiliśmy uzupełnić zapasy prowiantu i zrobić rozeznanie w kwestii niedzielnego zwiedzania zamku. Niestety dość szybko okazało się, że realizacja tego kluczowego punktu programu z powodu trwających właśnie dni Rawy Mazowieckiej może napotkać nieprzewidziane zawczasu trudności. Pośród licznych kramów można było w iście patriotycznym geście zakupić zarówno drobiazgi związane lokalną kulturą, jak i dołączyć do grona obrońców ojczyzny przed narzucanymi Polsce kontyngentami roszczeniowej tłuszczy podającej się najczęściej za uchodźców z Syrii. Kosmopolici mieli jeszcze większy wybór – stoiska niemal uginały się od zabawek i innych przedmiotów produkowanych przeważnie w Chinach. Nie brakowało też imitacji znanych na naszym rynku marek, w tym zakrawającej już niemal na próbę zmylenia niezbyt dobrze zorientowanego malucha kopii klocków znanej duńskiej firmy. Choć jako dziecko świetnie bawiłem się niegdyś krajowym substytutem tychże, nachalna stylistyka dalekowschodnich opakowań przywodzących na myśl te oryginalne, nie potrafiła wzbudzić we mnie nic poza politowaniem i współczuciem dla tych dzieci, które ewentualnie mogłyby zostać wyszydzone przez towarzystwo za zabawę klockami tzw. „gorszego sortu”. Nieplanowaną wizytę na festynie okupującym sąsiedztwo zamku zakończyliśmy jedynie z numerem kontaktowym do udostępniających zwiedzanie zabytku.

Powrót oznaczał dla grupy (już nie do końca) niepiśmiennych kolejne zmagania z wyzwaniami przewidzianymi przez kampanię, jednak nim dalsza gra ruszyła na dobre, z ciekawości skorzystałem z niespodziewanej propozycji gospodarza, co dodatkowo obiecał wynagrodzić zainteresowanemu. Stawką była szklanica koziego mleka dla śmiałka, który weźmie udział w jej dojeniu. Udaliśmy się zatem na sąsiednie podwórko, gdzie pasły się wcześniej zwierzęta. Mimo pewnego sceptycyzmu, poinstruowany wcześniej za co i jak ciągnąć, przystąpiłem do pracy. Koza chyba czuła niewprawne ręce i musiałem skupić się także na trzymaniu zapełniającego się w ślimaczym tempie mlekiem wiaderka, które gotowa była bez mrugnięcia okiem przewrócić. Złożył się na to jeszcze jeden czynnik – mianowicie wyraźnie mniejszy od niej koziołek bez ustanku próbował amorów, usiłując na nią wchodzić jak nie z tyłu, to z przodu. Rozeźlona nadmiarem interesantów koza była już dla mnie nie do opanowania i się poddałem. Gospodarz zapowiedział, że dokończy dojenie wewnątrz budynku, a jurny młodzik trafi już wkrótce na grilla. Zaiste okrutne! Może to jednak był żart? Wspomnianą nagrodę otrzymałem i wypiłem ze smakiem.

Okazało się, że szczodrość venara w zapewnianiu rozrywki prowadzonej grupie stała się zapalnikiem do sformowania przez część pozostałych uczestników zlotu w pewnym sensie konkurencyjnej, gdyż również siejącej postrach i zniszczenie w świecie WFRP ekipy. Sobotni wieczór dla odmiany był ukłonem w stronę tych, którzy nie mniejszą przyjemność niż z konsumowania grillowanych potraw czerpią z poprzedzającego je rytuału rozpalania grilla.

Niedziela

W ostatnim dniu Kryształkonu nie było czasu na spanie do późna – „niepiśmienni” i kompletnie wyrwany ze swego spokojnego świata uzbrojony w miecz skryba jeszcze raz musieli narazić na szwank własne życie i zdrowie po to tylko, aby skryci za fasadą bogobojności niegodziwcy zgarnęli wszystkie owoce niełatwego do osiągnięcia nad ich kumplami po fachu zwycięstwa.

Nim zakończyliśmy przygotowania do opuszczenia kwater, organizator zlotu podjął próbę zaaranżowania wejścia na zamek. Daremnie. Dni Rawy Mazowieckiej zaburzyły nasze zwyczajowe plany, co nie znaczy, że nawet bez zwiedzania pamiątek z przeszłości bieżąca edycja dostarczyła nam mniej dobrej zabawy niż wcześniejsze. Pozostał oczywiście związany z niezrealizowaniem istotnego punktu programu pewien niedosyt. Więc jak? Odwiedzamy następnym razem dwa zamki, czy Kryształkon numer V jeszcze w tym roku?

P.S. Długa obsuwa w powstaniu relacji wynikła najpierw z braku zdjęć, potem dwóch urlopów i finalnie utraty motywacji do ukończenia tekstu w natłoku innych spraw.

Bookmark the permalink.

7 Comments

  1. Brawo Treant!! dziękujemy!

  2. Zabrakło mi tylko informacji iż Hans w drodze losowania stał się szczęśliwym posiadaczem "Spraw Rodzinnych". 🙂

  3. jest super 🙂

  4. Przesprytnie dodany art :).

  5. @ghasta
    Dlaczego tak sądzisz?

  6. Artykuł został dodany bez jakiegoś newsa i nie zauważyłem, że się pojawił.

  7. Robienie newsa z relacji dotyczącej imprezy, która odbyła się ok. 2 miesięcy wcześniej byłoby niestosowne. Zresztą na głównej stronie jest m.in. wykaz najnowszych artykułów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *