Sprawy rodzinne – część 2

Wstrząs spowodowany niezwykłą panoramą stolicy rysował się na każdej bez mała twarzy i nawet Maskacz pozwolił sobie na krótkie otwarcie ust, iście na podobieństwo siedzącego tuż przed nim Łamignata.

– No, chłopki, co żeście tak poroździawiali japy jakbyśta cycki młynarzówny zoczyli – zagadał Pchełek próbując ukryć jakoś swój nabożny podziw dla rozpościerającego się przed łódkami widoku – Już ja przewodnika znajdę.

Nim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, młodzian podniósł się na nogi i pomachał ręką w stronę łowiącego coś opodal Ostrogarczyka.

– Holaaaaa, panie rybaku, jak tu płynąć co by się bystro przy Placu Karczemnym znaleźć?

– Cichaj, Pchełek, nie drzyj gęby – Gusłek skulił się w łodzi, wyraźnie wystraszony i zdziwiony przesadnie przyjacielskim zachowaniem kompana wobec obcych – Czort wie, co to za ludzie z tych miastowych. Jużci zamiast pomocy nam udzielić, one rybaki łódkę nam wywalą, a nas potopią. Biedy nam napytasz. Płyńmy co tchu, drogę na przystań sami znajdziem.

– Ja bym tam z nim pogadał – mruknął nieco rozczarowany Pchełek widząc, że miejscowy rybak ogląda się przez ramię w stronę buratarskiej łódki – Wielce jest możliwe, że pokażą dobrą drogę, a nie że w dwa dni sami znajdziemy Plac Karczemny.

– Ja się tam mądrzeć nie będę, ale z tego co mi rozum podpowiada, to w każdziutkim doku pełno karczmów będzie, a jak do jednej trafim, to się tam już spytamy o Michelona przybytek – oznajmił nie do końca przekonanym tonem Trzęsikęsek.

Wymieniwszy między sobą śpieszne uwagi rybacy złapali pośpiesznie za wiosła, ale nie zdążyli ich już zanurzyć w wodzie. Okrzyknięty przez Pchełka poławiacz ostryg podpłynął bliżej swą niezgrabną łódką, złożył wiosła w dulkach spozierając podejrzliwie na obcych.

– Czego chceta, chłopy? – zapytał chrapliwym głosem, odpędzając jednocześnie długim kijem kilka bezczelnych mew próbujących wykraść mu za plecami małe rzeczne raczki wrzucone do glinianej misy na rufie łódki – Czego szukata?

– Toć żem gadał, że Placu Karczemnego – odpowiedział Pchełek posyłając jednocześnie pełne wyższości spojrzenie w stronę Gusłka – Bo my tu pierwiej nie bywali, a mus nam na Plac i nie wiemy, kędy.

– A skądżeście som? – indygował dalej poławiacz, kręcąc na boki swą zarośniętą zbójecko gębą. Miał szczupłe opalone ciało, na sobie zaś jedynie krótkie ociekające wodą spodnie, co świadczyło, że ledwie chwilę wcześniej nurkował w poszukiwaniu małży – Skądy was tu przyniosło, co?

– Z Burat-aru – odpowiedział chłodnym tonem Zager – I jeśli wiedzieć chcesz, czyśmy tu przypłynęli ostrygami kupczyć, to ci rzeknę: nie.

– Przecie nie pytam – poławiacz roześmiał się gardłowo, klasnął dłońmi w uda – Płyńta do tamtej bramy, o tamoj, a potem kanałem aż po pomosty dla rybaków.

– Dzięki i bywaj – machnął ręką Pchełek ujmując ponownie wiosło – I widzita? Czego żeście się strachali? Dyć to całkiem fajny chłop.

Pchnięte wiosłami łódki szybko znalazły się w cieniu rzucanym przez kamienne mury. Fale uderzały z sykiem w podstawy wodnych fortyfikacji, pieniąc się na wielkich blokach granitu. Wpływając do szerokiego zacienionego kanału rybacy słyszeli wyraźnie łopot wywieszonych wysoko w górze miejskich proporców i nawoływania strażników. Woda w kanale miała ciemnozieloną barwę, unosiły się na niej jakieś śmieci, Łamignat zaś wyłowił końcem wiosła zdechłego szczura.

– Z drogi, łajzy! – z dziobu nadpływającego z przeciwnej strony holka padły szydercze okrzyki i śmiechy. Rybacy odbili swymi łupinami w bok, pod stromą ścianę bramy, ale wywołana przejściem ciężkiego statku fala i tak rzuciła nimi o kamienną podstawę kanału – Won, psie syny!

Ktoś cisnął z pokładu ogryzkiem jabłka, ale chybił, ktoś inny zarechotał donośnie. Holowany przez dwie wielkie łodzie holk przesunął się obok siedzących w łodkach rybaków, wypłynął na szerokie wody jeziora, gdzie mógł już rozwinąć żagle.

– Lać ich? – jęknął Łamignat patrząc z rozczarowaniem na oddalającą się rufę statku – Za nimi i lać?

– Daj spokój – mruknął Gusłek – Patrzta lepiej tutej.

Przed oczami Buratarczyków rozciągnęła się panorama wielkiego portowego akwenu przylegającego do pełnych żurawi i magazynów doków, oplecionych plątaniną zbitych z desek pomostów. Spojrzenia oszołomionych tym widokiem młodzieńców skakały od statku do statku, od magazynu do stoczniowej pochylni, sięgając hen ku wysokim dachom kamienic i lśniącobiałym murom Pałacu Katana.

– Tam, tamoj jest miejsce! – syknął Pchełek wskazując palcem jeden z pobliskich pomostów – Przywiążemy łódki tamoj, do tego drąga.

Przybiwszy do pomostu rybacy wydostali się po kolei z chwiejnych łódek, wciąż rozglądając się wkoło cielęcym wzrokiem. W porcie cumowało istne mrowie statków, łodzi i łódeczek, a przelewające się pomostami i nadbrzeżami morze ciał wprawiało rybaków w stan skrajnego oszołomienia.

– Patrzajcie tamoj – stęknął Gusłek – Czy toto małe tam, co idzie kole furmanki to to, co mnie się zdawa?

– Tak – odparł Pchełek – Toż to prawdziwy krasnolud! Jaki brodaty, no nie mogę!

– Lepiej się na niego tak nie gapcie, bo się jeszcze wzburzy – doradził Trzęsikęsek odwracając śpiesznie samemu wzrok – Lepiej z tym tam pogadajcie, co tu lezie.

Faktycznie, środkiem pomostu sunął tęgi człowiek o krótko przystrzyżonych włosach i jowialnym obliczu, targający przewieszoną przez ramię skórzaną sakwę oraz pergaminowy zwój i wykonany z grafitu rysik.

– Witam jegomościów! – zakrzyknął donośnie ciskając sakwą wprost pod nogi Łamignata.

– Ja jegomość? – stęknął osiłek spoglądając z góry na Ostrogarczyka – Ja przecie Łamignat, nie jeg…

– Nieważne! – uciął ruchem ręki grubas – Opłata trzy miedziaki od łodzi, jako regulamin portowy rzecze. Pokwitowanie ważne od wschodu do wschodu słońca. Kto płaci?

– Olaboga, panie wielmożny, toż to cały nasz majątek. My są biedne chłopy. Ale jako leguramin rzecze, tako i zapłacić nam trza – Gusłek wydobył zza pazuchy zawiniątko, w którym trzymał powierzone mu miedziaki i pieczołowicie odliczył trzy sztuki, po czym wyciągnął prawicę z pieniędzmi w stronę brzuchacza. Ciężko mu było się rozstać z pieniędzmi, wszak za coś trzeba kupować eliksiry spożywane ku czci Piana. W ostatniej chwili jakby się rozmyślił i ręka zawisła nieruchomo w powietrzu.

– Dobry panie, jam jest pomocn… tfu, kapłan. Jeśli o jeden miedziak nam mniej leguramin policzysz, tedy takie błogosławieństwo uczynię, co u Piana na miesiąc cały powodzenie ci sprawi – drugą rękę uniósł jak do błogosławieństwa i zamknął oczy, po czym nie patrząc odjął błogosławiącą ręką jednego miedziaka, a starał się przy tym wyglądać tak dostojnie jak jego mistrz podczas wioskowych ceremonii.

Tęgi inkasent popatrzył bystro na Gusłka, taksując go wzrokiem iście niczym poborca podatkowy szacujący wartość rzeźnej krowy, potem zaś zaśmiał się tak gwałtownie, że aż mu brzuszysko zafalowało.

– Może i chłop z ciebie, ale sprytna bestyja – oznajmił grubas przestając się w końcu śmiać i ocierając cieknące z oczu łzy – Niech ci zatem będzie, że wezmę dwa miedziaki… od pierwszej łodzi! Człek jestem pobożny, a błogosławieństwo kapłana Piana nie furda, chociaż mi wcale na duchownego nie wyglądasz. Ale regulamin mówi: trzy miedzianki od łodzi, toteż licz tam żwawo jeszcze trzy monetki, bo mi się śpieszy!

Postawiony przed faktem dokonanym, Gusłek oddał z ogromną niechęcią pięć miedzianych pieniążków, które zniknęły bez zwłoki w sakwie grubasa. Inkasent zaczął coś skrobać rysikiem na pergaminowym zwoju, spozierając jednocześnie w stronę próbującego go obejść od tyłu Pchełka, najwyraźniej zaintrygowanego rozmaitymi woreczkami, które zwisały z szerokiego pasa urzędnika.

– Coś się tak na mój zad zapatrzył? – zapytał złodzieja Ostrogarczyk – Jesteś z tych, co to męskie tyłki nad babskie przedkładają? Tylko mi tu spróbuj za plecami sapać, to cię sakwą tak zdzielę, że do jutra nie wstaniesz, perwersyjasie ty jeden!

– Perwer… co? – spróbował powtórzyć Łamignat.

– Perwersasie – szepnął do ucha Łamignatowi Trzęsikęsek – Tak tutaj zowią ciekawskich, tylko co on o tych babach gadał, to nie wiem, ale widzisz jak to za bardzo ciekawskim niechlubnie być.

– Trzy dni bym w barci dupę trzymał, bym sie takiej nie dorobił – mruknął zniesmaczony Pchełek pod nosem, na tyle cicho, by inkasent tego nie usłyszał, a potem znienacka, świadom śledzących go spojrzeń kompanów, odwrócił się plecami do urzędnika i ściągnął nieco portki demonstrując mu swe pośladki.

– Dzięki wielmożny panie, wieczorem przy obrzędzie błogosławieństwo w twojej intencyi uczynię – Gusłek ukłonił się grubasowi kątem oka z całych sił próbując nie wybuchnąć gromkim śmiechem, bo mimo targających go nerwowych spazmów ucieszny widok zadka Pchełka pozwolił nowicjuszowi zapomnieć na chwilkę o napięciu – Tera mus nam na Plac Karczemny. Gdzie nam iść trza, co by imć Michelona, co to ziarnem kupczy znajść?

– Na Plac Karczemny to droga prosta, bo pójdziecie tamoj, między te dwa spichlerze i ulicą dalej i prosto na Plac wejdziecie – oznajmił inkasent spozierając na wypinającego tyłek Pchełka z wyrazem pobłażliwego politowania na jowialnym obliczu – Powiedzcie mu, żeby tak za często nie robił, bo jeszcze ktoś to opacznie zrozumie, a jak przyjdzie co do czego, to biedaczysko potem parę dni nie usiedzi… już nawet nie dodam, że to przecie nie po bożemu.

Tęgi jegomość zarzucił sakwę z powrotem na ramię, wręczył Gusłkowi nabazgrane byle jak pokwitowanie na opłacony postój. Łamignat zerknął klerykowi ponad ramieniem, otworzył jeszcze szerzej swe oczy.

– Patrzaj, hihi! – zaśmiał się osiłek – Jakie robaczki na papierku, a każdy trochę inny! Mogę dotknąć?

– Nie, jeszcze cię ugryzą – ostrzegł Gusłek wsadzając zwitek pergaminu do niemalże pustej sakiewki i wiążąc ją z powrotem u pasa, pochwycił ciekawskie spojrzenie inkasenta – Wierny to nasz druh, choć roztropny… inaczej. Tutejsze cuda troszku mu pomyślunek odjęły, ale to się wróci.

– Rozumiem – pokiwał głową urzędnik – Idźcie tędy tamtędy, a jak już do Placu dojdziecie, to się dalej o tego kupca pytajcie, ja tam go nie znam, ziarnem nie handluję. Zresztą to Ostrogar, pewnie pół dnia nogi schodzicie i ozory wam na wiór wyschną, zanim go znajdziecie, bo na samym Placu z trzysta kupców abo i faktorii urzęduje, a każdy czymś innym się para. I nie zapomnijcie miejsca zrobić przy pomoście jutro o poranku albo nową opłatę uiścić, bo inaczej rekwizyta! Wiecie, co to rekwizyta?

– Nie – odparł z rozbrajającą szczerością Gusłek, reszta rybaków pokiwała zaś zgodnie głowami dowodząc, że owe ewidentnie cudzoziemskie słowo im również pozostaje całkowicie niezrozumiałe.

– To nic – wzruszył ramionami inkasent – Jak odpłyniecie na czas albo zapłacicie, to się nie dowiecie i tego wam życzę. Czas mi w drogę, bywajcie zdrowi, a ty, dobry człowieku pamiętaj o mojej intencji u Piana.

– Gdzieżbym śmiał zapomnieć, wielmożny panie – Gusłek wręcz zgiął się wpół w dziękczynnym ukłonie – Twa szczodrość jest równie wielka jak twój brzuch. I jedno jeszcze rzeknąć muszę, choć strach wielmożnego pana wstrzymywać. Cztery dni nazad dwa wiejskie paroby, jako i my do wielkiego Ostrogaru przypłynęli. Wspomni szlachetny pan, czy ich czółno ciągle na falach tu w przystani się chuśta? Jeno, że to nie som nasze ziomki, leguraminu opłacać za nich nie będziem, bo to z sąsiedniej wioski łachmyty!

Tęgi inkasent podrapał się po głowie, popatrzył na zacumowaną opodal kogę i grupę majtków wylewających z jej pokładu balie pełne nieczystości, wprost do portowego basenu.

– Tego to nie sposób rzeknąć – odparł z autentycznym żalem, nadzwyczaj widać dobrze nastawiony do grupki dziwacznych kmiotków z zapadłej dziury po drugiej stronie jeziora – Nas tu w porcie prawie pięćdziesięciu pracuje, inkasentów. A każdy wystawia na dzień pełną sakwę kwitów, ile ich jest, nawet ja nie potrafię zrachować, chociaż łepetynę mam równie tęgą jak zadek. Zresztą my nawet miana nie zapisujemy, jeno numer pomostu, a jakie opisowe słowa, co to do klienta pasują. U was dla przykładu stoi: pomost sto czwarty, dwie łódki badziewne, a prawie przeciekające, pięciu wizytatorów w strojach mało wizytowych. Mógłbym jeszcze skrobnąć, że jeden mało bystry jest, a drugi ma włochate dupsko i tyle styknie.

Inkasent westchnął, poprawił raz jeszcze torbę.

– Jak ich koniecznie znaleźć chcecie, to wam współczuję, bo będziecie musieli wszystkie trzy porty w tę i wewtę obleźć i łodzie na pomostach, a to was dużo czasu będzie kosztować. Więc bywajcie.

Machnąwszy na pożegnanie ręką inkasent oddalił się pomostem w stronę kamiennego nadbrzeża, pokrzykując coś gniewnym tonem do zanieczyszczających akwen marynarzy z kogi.

– Dobrze by, razem iść na plac, pogubimy sie w tym wielkim mieście tylko i nie odnajdziemy, a Łamignat sam do wioski nie trafi, coś mi sie widzi! r11; oznajmił Pchełek, kiedy poborca opłat oddalił się już poza zasięg jego głosu – Zresztom zoczymy tylu kupców na tym placu co cała wieś do kupy wzięta nie widziała, już se wyobrażam jak baby gęby otwierają na nasze historyje, a dziewki ile zrobią co by posłuchać o skarbach co je tam zobaczym, ho ho dużo!

– A przy okazji może i Michelona znajdziem, ot co! – dodał niepewnie Gusłek.

– A jo to bym pojadł coś bo mnie głodno… – odezwał się nieśmiało Łamignat – Nu, ale bydzie jak wy chceta. To gdzie teraz?

Uradziwszy naprędce, co dalej czynić, wciąż porażeni rozmiarami, wyglądem i dźwiękami stolicy rybacy udali się nieśpiesznym krokiem w stronę nadbrzeża, wpierw ostrożnie pokonując drewniane deski pomostu, później zaś zanurzając się w cień rzucany przez dwa murowane spichlerze. Brukowana granitową kostką ulica biegła w głąb portowej dzielnicy, pod wielkimi żurawiami i rynnami zsypowymi budowli.

– Patrzajcie jakie oni cudaczne odzienia majom – szepnął Pchełek spoglądając z podziwem na ubranych w bogato zdobione szaty kupców ze stołecznej Gildii, roztrząsających wrzaskliwie temat spóźnionej dostawy i odsetek karnych – Musowo zimno im, chociaż to środek lata. Sakiewki też pewnie mają wypchane, musowo…

– A to co takego? – zdumiał się Łamignat, ustępując natychmiast miejsca lektyce niesionej przez czwórkę muskularnych, ogolonych na łyso mężczyzn z niewolniczym piętnem wypalonym na czołach i ramionach. Leżący w lektyce człowiek w średnim wieku, otyły mężczyzna o znudzonym, aczkolwiek aroganckim wyrazie twarzy, przesunął po gromadce rybaków wzrokiem rezerwowanym zazwyczaj dla wioskowego inwentarza – Kto on taki, że tam leży?

– Znaczny jakiś, może tutejszy hyrtan albo co zastanowił się na głos Gusłek, na wszelki wypadek odwracając głowę, by człowiek w lektyce nie uznał jego zachowania za napastliwe.

– Albo on chory wydedukował naprędce Łamignat gapiąc się na lektykę okrągłymi ze zdumienia oczami – Chory i słaby, to nogami nie przebiera, a oni w te pędy do znachora.

– Tak, pewnie z głodu na zdrowiu podupadł – zaśmiał się sarkastycznie Zager – A taki gruby jest, bo z głodu opuchł, iście biedaczysko!

– Cichaj – skarcił hogura Pchełek – Gapi się na nas, jeszcze każe oćwiczyć bizunem jak co usłyszy!

Lecz Zager nic nie odpowiedział, bo jego uwagę przykuło coś zupełnie innego: otwierająca się coraz szerzej panorama Placu Karczemnego, widocznego już u wylotu krótkiej ulicy.

Plac Karczemny stanowił w rzeczy samej miniaturową dzielnicę wtłoczoną pomiędzy zabudowania portowe i kwartały mieszkalne stolicy, pełną karczm i tawern, domitoriów, gospód, zamtuzów i sklepów oferujących wszystko, czego tylko wizytujący Ostrogar przyjezdny mógłby sobie zażyczyć. Idący wolno przez tłum przechodniów rybacy ponownie zamilkli, nie wierząc własnym oczom, spozierając z otwartymi ustami na wyłożone na sprzedaż bele drogocennych tkanin, kramy z przyprawami, lśniące stalą stragany płatnerzy i zbrojmistrzów, jubilerskie budki strzeżone przez znudzonych, ale sprawiających groźne wrażenie najemników o zarośniętych gębach półorków, sprzedawców futer i całe mrowie innych handlarzy, których specjalizacji proste umysły Buratarczyków nawet nie potrafiły sklasyfikować.

Trzęsikęsek korzystał skwapliwie z okazji, aby przystanąć przy każdym napotkanym handlarzu skórami, targując się zawzięcie o swe kunie skórki. Im dłużej to trwało, tym większego nabierał myśliwy przekonania, że niektórzy miastowi ewidentnie próbują go naciągnąć, bo jedni oferowali mu od sztuki po dwie srebrne monety pomstując na źle usunięty tłuszcz i parchate futerko, inni zaś potrafili wyłuskać z sakiewki po pięć, sześć sztuk srebra za skórkę, wybrzydzając w identyczny sposób jak ci pierwsi.

Próbujący zaczepiać przechodniów Gusłek był zazwyczaj ignorowany, czasami zaś pokrzykiwano na niego gniewnie lub próbowano zdzielić kułakiem. Młody kapłan szybko zmiarkował, że im bogatszy był strój pytanego osobnika, tym większe niebezpieczeństwo z jego strony groziło. Idąc dalej tym właśnie tokiem myślenia rybak dopadł w końcu jakiegoś odzianego w proste rzemieślnicze szaty człowieczka idącego z wiklinowym koszem na ramieniu.

Otoczony przez pięciu obcych mężczyzn, w tym groźnego osiłka z drewnianą pałą, człowieczek ów zaczął się rozglądając niespokojnie na boki, szukając zapewne najbliższego patrolu straży miejskiej.

– Nie dygaj, dobry człeku, o drogę chcemy spytać – oznajmił czym prędzej Gusłek, szczerze przestraszony perspektywą niepotrzebnego spotkania ze strażnikami – Kupiec zbożowy nam potrzebny, Michelon się zwie, podobno gdzieś tu urzędowuje. Wiesz li, któż on?

– Jużci, że wiem – oznajmił rzemieślnik, wciąż spozierając na intruzów podejrzliwym wzrokiem – Toż to się wystarczy odwrócić w tamtą stronę, zadkami do interesu Michelona stoicie. Ten murowany dom między karczmami to jego faktoria, ale tam ziarna nie trzymają, tam się tylko kupczy, papiery spisuje.

– Robaczki na papierkach? – zainteresował się natychmiast Łamignat.

– Jakie robaczki? – zaniepokoił się rzemieślnik – Nic nie wiem o robaczkach!

– Nieważne – uciął temat Gusłek – Wielcem ci wdzięczni za poradę, dobry człowieku. Niech ci bogowie sprzyjają!

Pożegnawszy uczynnego z konieczności Ostrogarczyka, rybacy stanęli przez podwójnymi drzwiami prowadzącymi na parter wielkiego murowanego budynku wciśniętego między dwie hałaśliwe gospody.

Gusłek uniósł niepewnym gestem dłoń, nie wiedząc czy w drzwi pukać czy też od razu pchać je i pakować się do środka faktorii. Dylemat rozwiązany został w prosty sposób, albowiem chwilę później drzwi stanęły otworem i ze środka wypadł jakiś niewielki, ale szybki kształt, kędzierzawowłosy, wielkooki i bosostopy.

– Ki bies?! – syknął zaskoczony kleryk cofając się mimowolnie o krok. Mały kształt zerknął na niego w biegu okrągłymi oczami gnoma i popędził przez Plac ściskając w rękach opieczętowane lakiem pergaminowe zwoje.

– To chyba taki mały krasnolud – bąknął niepewnie Trzęsikęsek – Młody widać, bo mu jeszcze broda nie urosła. A jaki szybki, patrzajta!

Ale Gusłek nie patrzył w ślad za pędzącym na złamanie karku gońcem, tylko wetchnął ciężko, a potem przekroczył próg budowli.

Rozległa kamienna izba zastawiona była drewnianymi regałami pełnymi oprawnych w skórę ksiąg buchalterskich, zwojów oraz granitowych tabliczek, których obecność zdradzała istnienie handlowych powiązań pomiędzy kupcem Michelonem i górskimi krasnoludami. Podzielono ją na dwie części: parter oraz odgrodzone barierkami podwyższenie, gdzie schodki wiodły ku kantorkom zajmowanym przez intendentów i skrybów pracujących dla Michelona. Wszędzie panował ożywiony ruch, coś tam spisywano, oglądano wysypane na misy próbki ziarna, odważano jakieś miary.

Kiedy tylko buratarańscy rybacy zbili się w kupę za progiem izby, jeden z najbliższych skrybów przeprosił na chwilę swego klienta i podszedł szybkim krokiem do niezbyt pasujących strojem do miejsca gości.

– Chyba pomyliliście wejścia, dobrzy ludkowie – oznajmił spozierając na młodzieńców z ukosa – Zaciąg do flotylli rybackiej dwa domy dalej i podobno skończył się wczoraj wieczorem. Sio stąd!

– Krzesimir i Sękacz, z Burat-aru – powiedział szybko Gusłek, oczami wyobraźni widząc już gnających go za próg pachołków Michelona – Ziomki to nasze, mieli u was ziarno kupić ze trzy dzionki od tera, za pięć dziesiątek srebra, na zasiew. Po dzisiaj dzionek do wioski nie wrócili, niczem my od nich nie słychali. Byli tu aby?

– A, z Burat-aru – na twarzy skryby pojawił się wyraz zrozumienia – Zechciejcie tu zaczekać, ludkowie. Panie asesorze, zechce się pan tu na chwilę pofatygować? Spóźnieni klienci!

Po schodkach wiodących na podwyższenie zszedł żwawym krokiem starszy wiekiem mężczyzna o łysiejącej czaszce i świdrującym spojrzeniu.

– Asesor Hubała, do usług – przedstawił się zlustrowawszy wpierw przybyszów od stóp po głowy – Jak mogę pomóc?

– Ja sem Gusłek, z Burat-aru, to zaś moje druhy – odparł śpiesznie kapłan. Szukamy Sękacza i Krzesimira, dniów kilka temu mieli tu ziarno dla wioski kupić, na zasiew, ale dotąd nie wrócili. Byli aby tutaj?

– Byli, trzy dni temu w południe – przytaknął Hubała splatając ramiona na piersiach – Cieszę się, że nie tylko ja na nich czekam, chociaż to kiepska pociecha, bo interes nie znosi zastoju. Mieliśmy akurat pusty magazyn, nowa dostawa miała przypłynąć z wieczora. Wpłacili zaliczkę, dziesięć srebrników, mieli przyjść na następny dzień po ziarno, ale przepadli jak kamień w wodę. Jeden dzień czekałem, ale potem sprzedałem wasze ziarno komu innemu. Jak chcecie zrobić nowe zamówienie, nie widzę żadnego kłopotu, będzie jutro rano do odbioru. Tyle, że wasza zaliczka przepadła, mus wam znowu pięćdziesiąt srebrników wpłacić, inaczej z interesu nici.

Bookmark the permalink.

0 Comments

  1. Moje małe uwagi:
    [quote]Idźcie tędy tamtędy,[/quote] – wydaje mi się, że powinno być [b]Idźcie tedy tamtędy,[/b].

    w tekście pojawiają się miedziaki, jednak nie są one oficjalnym środkiem płatniczym.

    Myślę, że to opowiadanie powinno trafić na łamy pisma, o którym wspomniał niedawno Czegoj. Czytelników literatury fantasy jest wielu, ale nie wszyscy znają RPG, a co dopiero KC.

  2. Co do gwary buratarskiej, nie mam do propozycji kolegi żadnych zastrzeżeń 🙂

    Co do miedziaków… faktycznie nie są one oficjalnym środkiem płatniczym, ale przeglądając w podręczniku cennik doszedłem do wniosku, że złoto w tym systemie jest walutą szlachty, a srebro mieszczaństwa. O walucie biedoty nikt nie pomyślał, a przecież nędzarze z Chłopskiego Krocza raczej na co dzień srebra nie widują. Skoro tuzin jaj kosztuje 2 srebrniki, czym ja nędzarz zapłacę chcąc kupić tylko dwa? Skoro koszula do kompletu ze spodniami kosztuje 2 srebrniki, a mnie biedaka stać tylko na łatę materiału, żeby uszyć nową nogawkę do starych portek, muszę mieć jakąś nędzną walutę "słabszą" od srebra. Stąd wziął się właśnie pomysł na te miedziaki 🙂 ( myślałem jeszcze o uszkodzonych srebrnikach ciętych przez biedotę na połówki lub ćwiartki, ale wygrał pomysł z kopperami).

    I jak ciekawostkę zarzucę małą anegdotkę z sesji PBF związaną z sceną ściągania przez Pchełka spodni i prezentowania tyłka portowemu inkasentowi. Otóż jako Mistrz Gry błędnie zinterpretowałem deklarację gracza, który w formie przenośni użył sformułowania mającego wyrazić jego rozczarowanie z nieudanej próby "skubnięcia" grubasa – napisał on bowiem: "[i]- Trzy dni bym w barci dupe trzymał, bym sie takiej nie dorobił – mruknął zniesmaczony Pchełek pod nosem, patrząc jak szansa na kradzież macha mu na pożegnanie, potem odwraca się, ściąga portki i pokazuje zadek, może nie tak wielki jak ten inkasenta ale za to o wiele bardziej włochaty[/i]". Jemu chodziło o przenośnię, ja zaś zinterpretowałem ów post dosłownie i wyszła nam z tego dość komiczna scena!

  3. [quote]( myślałem jeszcze o uszkodzonych srebrnikach ciętych przez biedotę na połówki lub ćwiartki, ale wygrał pomysł z kopperami).[/quote]

    A to też nie jest taki głupi pomysł – tym bardziej że znany z naszego świata, gdzie czasem robiło się tak z walutą, żeby ją rozmienić 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *