Początek Orchii, część 2

Wielka Wojna

Gdy upadły nadzieje na pokojowe podporządkowanie sobie ras północy, Balamor wpadł w wielki gniew i postanowił zniszczyć wszystkie wrogie mu rozumne istoty. Dzięki niezliczonym szpiegom wiedział od razu, jakie decyzje zapadły na zgromadzeniu i śpieszył się, żeby uprzedzić przeciwnika. Książę demonów doceniał swych wrogów. Do pierwszego uderzenia skierował wielkie armie martwiaków, złożone z rozumnych, schwytanych przez sługi demona lub zabitych na jego rozkaz, którzy stali się posłusznymi mu martwymi niewolnikami. Legiony umarłych ruszyły spiesznym marszem na północ, siejąc po drodze grozę i zniszczenie.

Lahagan Biały wiedział, co się działo. W miarę upływu czasu bowiem objawiło się w nim wiele nowych zdolności, które w owych czasach zadziwiały najbardziej nawet wprawnych magów. Natychmiast więc wysłał gońców do wszystkich uczestników narady, zwracając się do nich, by zechcieli stawić się pod jego sztandarami dla wspólnej obrony. Elfy pod swym królem Olgrionem uczyniły to bez wahania. Jako następni stawili się ludzie. Krasnoludy przybyły nielicznie, ale prócz zbrojnych dostarczyły wiele cennego rynsztunku i uzbrojenia. Utworzywszy pośpiesznie armię, Lahagan zdecydował się stawić czoło martwiakom na wielkiej, porośniętej puszczą równinie Achan, na południe od reptilliońskich sadyb…


(tu luka w tekście)

…przez trzy dni wielkie wojsko formowało swoje szyki. Poza reptilliońskimi wojownikami, zbrojnymi w kamienne młoty, były w nim elfy, słynne dzięki swym strasznym łukom z cisowego drewna. Oprócz nich stawili się ludzie – pieszo i konno, zakuci w zbroje i odziani w skóry, a także krasnoludy ze swymi budzącymi trwogę, ogromnymi toporami.

Tymczasem armia martwiaków bez chwili odpoczynku i bez snu szła na północ. Jej dowódcami nie byli żywi ludzie, lecz niewolniczo oddane swemu panu trupy, które prowadził potwór zwany Daraharadem.

Paląc, niszcząc i mordując wszystko, co żywe, dotarli w końcu na równinę Achan. A później z marszu, rozwinąwszy przegniłe sztandary, uderzyli na pozycje La-hagana. Kamienne tablice reptillionów powiadają, że ów ustawił swoje wojska w takiej odległości od lasu, aby tylko niewielka część sił przeciwnika mogła wyjść z niego na pole bitwy. Jako pierwsi ruszyli na zbliżającego się wroga reptillioni, dalej ludzie i krasnoludy. Elfy, na znak Lahagana, wystrzeliły w stronę wrogów roje płonących strzał. Wnet puszcza zajęła się płomieniami, od których rozpadła się w proch większa część martwiaków Daraharadema. Część wszakże przeszła przez ogień, a potem wsparła resztę umarłych. Lecz ludzie, elfy, reptillioni i krasnoludy trwały ramię przy ramieniu, odpierając ataki przemożnych sił wroga. Ciężki to był bój i zdawać by się mogło, że lada moment umarli zgniotą swych przeciwników, gdy nagle przed uwijającym się w pierwszej linii Lahaganem pojawił się czarny potwór, okryty strzępami rozkładającego się ciała. To był sam Daraharadem z ognistym mieczem w dłoni. Zatrzymał się, spojrzał na króla reptillionów, a potem rzekł:

– Oto jesteś Lahaganie, największy tchórzu na świecie. Tyś ten, który kryje się za plecami swoich wojowników. Wyjdź i walcz ze mną, albo uciekaj!

– Wyjdę! – odkrzyknął Lahagan i niepomny czegokolwiek rzucił się w stronę trupa. Starli się pośród walczących niby dwie burzowe chmury, jak błyśnięciami piorunów znacząc swoje zbroje ciosami. Daraharadem chciał szybko i niespodziewanie powalić Lahagana, ale reptillion skutecznie unikał uderzeń płomiennego miecza. Na koniec tak silnie ciął tarczę przeciwnika, że ta rozpadła się na kawałki.

– I któż jest teraz tchórzem?! – zapytał tryumfalnie Lahagan. W odpowiedzi Daraharadem cisnął weń mieczem, lecz król odbił go, a potem zmiażdżył młotem trupi łeb potwora. Wódz martwiaków padł ze straszliwym krzykiem, a jego ciało natychmiast zmieniło się w stos potrzaskanych kości okrytych zbutwiałą materią. Potem z piszczeli buchnęły płomienie i tak wyjący duch Dara-haradema z dymem i ogniem uleciał w przestworza do swego czarnego świata… Zaraz po tym straszni żołnierze Balamora zamarli, pozbawieni siły, która nimi kierowała. Niektórzy – co słabsi, rozpadali się w proch, inni stanęli nieruchomo, nie wiedząc, co począć, gdy zabrakło wodza. Nie minęła chwila i cała armia sprzymierzonych ruszyła do ataku na wroga. Rozstrzygnięcie było krótkie i zdecydowane. Cała armia martwych rozsypała się w tej bitwie w bezładne szczątki i koniec końców na pobojowisku nie pozostał ani jeden ożywiony zmarły. To była pierwsza i druzgocąca porażka Balamora.

Ledwie przebrzmiały rogi po zwycięstwie, gdy Lahagan nakazał odwrót. Były ku temu powody, bo armia sprzymierzonych poniosła w bitwie duże straty. W niektórych oddziałach nie pozostała nawet połowa wojowników. Wyczerpane, ale zwycięskie wojsko powlokło się wolno na północ, w rodzinne strony. Powrót był smutny, bowiem wielu wojowników zginęło w boju, a mimo to potęga Balamora pozostała właściwie niezachwiana. Lahagan wiedział, że władca demonów zakipi teraz gniewem na sprzymierzonych i postara się za wszelką cenę zesłać na nich zagładę.

Upadek Allarionu

Balamor, zwiedziawszy się o klęsce swej martwiaczej armii, wpadł we wściekłość. Wnet na jego wezwanie zaczęły gromadzić się nowe zbrojne zastępy, wielekroć przewyższające armię Daraharadema. Poza zwyczajnymi, pomniejszymi demonami, które uznały jego władzę, zjawiło się pod Czarnymi Górami wiele innych monstrów i potworów. Przyszły straszliwe, demoniczne goriashe, które jednym ciosem zmiażdżyć mogły cały oddział wojowników. Zjawiły się trolle, a na światło dzienne wyjrzało wiele powstałych w mroku stworów – gnoili, za którymi tłoczyły się całe hordy goblinów, hobgoblinów, goborów, hobgoborów i orkonów. Szły hordy wargów i dzikich wilków. Demon śpieszył się, szykując zgubę swoim wrogom. Pośpiesznie zbroił armię morderczym orężem, szykując się do walnej rozprawy. Kto nie był z nim, ten był przeciwko niemu. Stąd wiele stworzeń, które niewiele miały wspólnego z rozumnymi rasami, ale nie chciały podporządkować się jego władzy, musiało uchodzić w inne strony świata. Między innymi uczyniły tak ogry i olbrzymy. Zaś potem, gdy wszystko było już przygotowane, Balamor kazał stawić się przed sobą trzem dowódcom. Tablice reptillionów przekazały nam ich imiona. Byli to zatem; Ranblun, Daharish i Morglith. Dwaj pierwsi, jak niesie wieść, byli pomniejszymi demonami, które uznały władzę Balamora, natomiast trzeci był ponoć, jak mówią zapiski, człowiekiem! Jednym z tych, którzy od samego początku poddali się władzy demona. Morglitha, obdarzonego wielką mocą magii, znano jako pana życia i śmierci, strachu i mroku, prawą rękę samego Balamora. A oprócz tego biegłego nekromantę, który mocą swoją mógł w mgnieniu oka ożywić całe armie trupich ciał. Jak zostało przekazane na tablicach reptillionów, był on tak zmieniony przez odrażające praktyki i czarną magię, że jego twarz przekształciła się w oblicze kościotrupa, w którym płonęły wielkie, czerwone, zniewalające wszystkich oczy. Powiadano, że poza demonami i martwiakami z armii Balamora nie znalazł się nikt, kto śmiałby spojrzeć z bliska w tę twarz. Morglith ubierał się na czarno, a mroczną zbroję ozdabiał wizerunkami trupiej czaszki. W boju osłaniał głowę hełmem ozdobionym rogami, dosiadał zaś dzikiego, półdemonicznego konia – Hohuga – prawdziwej bestii rodem z najgorszych snów. Był to rumak straszny i dziki, buchający płomieniem z nozdrzy i pyska i nie chciał słuchać nikogo poza swym panem. Powiadają, że kto tylko nieopatrznie wyciągnął doń rękę, natychmiast ją tracił.

Takim oto dowódcom kazał stawić się przed sobą Balamor. Kiedy stanęli przed nim w milczeniu, rozkazał im ruszać na północ, aby rozbić armie sprzymierzonych. Reptillionów i elfy nakazał znieść z powierzchni ziemi. Krasnoludów zdziesiątkować, a potem osadzić, zakutych w kajdany, w ich własnych kopalniach jako niewolników. Jeśli idzie o ludzi, to tych kazał oszczędzić, poprzestając na wybiciu tych, których napotka się z bronią w ręku – reszta miała zostać w przyszłości jego niewolnikami i poddanymi, a rządzić nimi miał Morglith. Co do orków, Balamor sądził, że uda mu się podporządkować sobie tę rasę całkowicie. Niziołki i gnomy warte były tylko tyle, co ich mięso i skóra na grzbiecie. Oprócz tego Balamor nakazał także rozbić jedność wszystkich sprzymierzonych ras, wywołując wśród nich niezgodę i niesnaski. Natychmiast zagrały werble, ryknęły trąby, a potem ozwał się głos wielkiego bębna z elfiej skóry, wzywającego wszystkich do wymarszu. Wnet jego głos podchwyciły inne kotły i cała gigantyczna armia Balamora ruszyła ku dalekiej północy.

Tymczasem Lahagan dotarł wreszcie do siedzib reptillionów w górach Północy. Ponieważ nie był pewien dalszych zamiarów Balamora, zwołał kolejną naradę sprzymierzonych. Znów w wielkiej grocie Reptilliongardu zeszli się wodzowie wszystkich rozumnych ras. Przyszedł więc Olgrion – król elfów, Kiran Błyskawica zginął w bitwie, więc zamiast niego za kamiennym stołem rady zasiadł jego syn – Hildum. Przybył także Oslan Krzemienny Topór i Arhot-tan, nowy wódz szczepów orków, z których żaden nie wziął udziału w bitwie na równinie Achan. Ci wszyscy zgromadzili się na kolejną naradę. Ale tym razem dalecy byli od jednomyślności. I tak Oslan uważał, że nie ma sensu kontynuować walki, bowiem przeciwnik, pobity w tak krwawej bitwie, nieprędko się podniesie. Ale nadmierna ufność we własne siły nie była jeszcze najgorszym. W szeregi sprzymierzeńców wdarła się zawiść i niezgoda. Złowrogie dzieło Balamora zamąciło wszystkim w głowach. Gdy naradzali się, jego moc jakby wisiała w powietrzu. Najpierw zatem kłócono się o miejsce, jakie powinni zająć królowie i dowódcy przy kamiennej płycie rozmów, potem – kto na polach Achan wykazał się największym męstwem. Na koniec Olgrion oświadczył, że nie usiądzie obok Arhota-tana, bowiem przedstawicielowi tak wielkiej rasy nie przystoi siedzieć z kimś, kto ledwie co wyszedł z bagna i w dodatku nie brał udziału w walce z martwymi armiami Balamora… Z kolei, gdy wódz orków któregoś wieczora udawał się na spoczynek, przypadkowo spotkany, tajemniczy przechodzień rzekł mu, że elfy i reptillioni właśnie naradzają się, aby sprawić rzeź orkom, których posądzają o sprzyjanie Balamorowi. Gdy urażony ork przedstawił swoje podejrzenia na radzie, wybuchła kłótnia, a któryś z elfów nazwał go świńskim ryjem. Przezwisko, wymyślone przed tysiącami lat, dotrwało do dnia dzisiejszego. Po tym Arhot-tan sięgnął oczywiście po szablę, krasnoludy po topory, a elfy po miecze. Gdyby nie przytomność umysłu strażników, doszłoby do bijatyki i zerwania przymierza. W takim oto nastroju zasiedli w końcu wszyscy do narady. Ale już bez orków. Arhot-tan bowiem obrażony opuścił zgromadzenie i poprzysiągł sobie, że nigdy nie będzie nadstawiał karku za reptillionów i elfy. Orki ukryły się głęboko na bagnach i trzęsawiskach 1 w zbliżającej się wojnie nie wzięły udziału. Na bardzo wiele lat odcięły się od pozostałych ras.

Rozgoryczony Lahagan nie odezwał się do sojuszników nawet słowem. Po prostu patrzył na wszystkich po kolei, a wściekłość gasła pod jego wzrokiem. Już miano rozpocząć obrady, gdy otwarły się kamienne wrota i do groty wpadł posłaniec od reptilliońskich straży, przynosząc wieść o nadciągającej armii Balamora.

Zapadła cisza. Wszyscy zamarli ze zgrozy. Spojrzenia skierowały się w stronę Lahagana, a ów wstał ze swojego miejsca. A potem rzucił swój bojowy młot na wielką, kamienną płytę, przy której wszyscy siedzieli. Uczynił to z taką siłą, że stylisko pękło na dwie części. Szczątki tego młota do dziś przechowuje największa świątynia Reptilliona Wielkiego w Gaście. Zaś później rzekł głosem ponurym i mrocznym:

– Widzę, że na próżno tracę czas, domagając się od was uwagi i poświęcenia. Jesteście ogarnięci szaleństwem tak dalece, że oślepliście i nie widzicie nadchodzącego niebezpieczeństwa. Zatem teraz zostawiam was i idę myśleć nad sposobami ratunku… Wy zaś czyńcie, co chcecie.

Wszyscy struchleli, słysząc te słowa. A gdy Lahagan ruszył ku drzwiom, rozstępowali się przed nim, schodzili z drogi. Jego oczy zdawały się ciskać błyskawice niby burzowe chmury, ręce zacisnęły się w pięści. Przeszedł tak, ponury i chmurny, przez cały Reptilliongard, a potem ruszył w stronę skalnych szczytów. Postąpiło za nim tylko kilku najwierniejszych uczniów, daleko wszakże od króla, aby nie narazić się na gniew. Rozmyślając nad ratunkiem i modląc się w duszy do bogów, Lahagan dotarł tak do najwyższej, najdzikszej partii gór, gdzie zalegał śnieg. Tam wstąpił do wielkiej, mrocznej i lodowatej jaskini w miejscu, które nazywało się w dawnej mowie reptillionów Arang Galkam – czyli Błękitny Lód. Dziś u podnóża gór, w których znajdować się miała owa jaskinia, rozrosło się reptilliońskie miasto Gasta na Orcusie Wielkim. Ale groty, w której modlił się kiedyś Lahagan, nie znaleziono nigdy.

W obecnych czasach wielu poszukiwaczy przygód próbuje odnaleźć to zapomniane, święte miejsce. Wielu zawraca, a po tych, którzy ruszają w tym celu w góry wokół Gasty, ginie zawsze wszelki ślad. ( nic dziwnego, jaskinia ta bowiem jest najświętszym miejscem na całej Orchii. Reptillioni powiadają, że drogę do niej odnajdzie tylko ten, kto będzie na tyle godny, aby przekroczyć jej progi, nie kalając ich grzechem, ani nieprawością (dopisek na marginesie Wielkiej Księgi).

Lahagan wstąpił zatem do tajemnej groty na górze. Tam pogrążył się w medytacji, a swym sługom nakazał, aby zawalili wejście skalnymi złomami. W ciszy, chłodzie i ciemności, w zimnie ciągnącym od granitowych skał, wsłuchany w szmer wody w głębi skalnych czeluści, Lahagan oddał się rozmyślaniom. W myślach prosił bogów o ratunek, zwracał się ku Dagoninowi Białemu, Asteriuszowi i Graamowi.

Tymczasem opuszczeni wodzowie i władcy siedzieli w podziemnej grocie w Reptilliongardzie, wpatrzeni w siebie i milczący. To, co uczynił Lahagan, przeraziło ich. I tak zatem, zamiast się wadzić, zaczęli myśleć o obronie. Wieści, które dotarły jeszcze później, okazały się niepokojące. Mówiły o tym, że gigantyczna armia pod wodzą Morglitha zbliża się szybko do gór od południowo-zachodniej strony Górolądu. Ponieważ nikt nie wątpił, że próba zmierzenia się z tak straszliwą siłą w otwartym polu może skończyć się tylko porażką, uradzili, aby nie występować zbrojnie, lecz w oczekiwaniu na powrót Lahagana wycofać się daleko w góry, do pięciu niedostępnych twierdz. Warowniami, w których chcieli przeczekać nawałnicę, były: Numanon, Osmund, w którym schronili się ludzie, Karak-Garn – kopalnia-twierdza krasnoludów, Reptiiiongard na wielkiej wyspie pośrodku jeziora w północnej części Górolądu i Allarion – wielkie i piękne, umocnione miasto elfów. Do dzisiejszego dnia dotrwały zaledwie dwa z nich. Na gruzach antycznego Osmundu zbudowano dzisiejszy, na fundamentach zaś Reptilliongardu powstała później Archagasta – po zdobyciu przez Kartana nazwana Ostrogarem, stolica Imperium orków. W tych zatem górskich warowniach schronili się prawie wszyscy spośród tych, którzy mogli udźwignąć broń. Inni uciekli jeszcze dalej, aż na północne wybrzeża Górolądu. Pola, wsie i osady na południowych stokach gór opustoszały, czekając na nadejście nawałnicy.

Tymczasem z Allarionu, najbardziej wysuniętej na południe twierdzy sprzymierzonych, Olgrion i jego elfy dostrzegli pierwsze łuny pożarów, wzniecanych przez wojska Morglitha. Potem usłyszeli warkot wielkich, ponaglających kolumny do marszu bębnów, aż wreszcie ukazały się straże przednie okrutnej armii. Za nimi ciągnęły nieprzeliczone tłumy. Szły wielkie, okryte łuską giganty skalne, trolle ciągnęły bojowe machiny, potężne młoty i tarany do kruszenia murów. Z boku dreptały pośpiesznie hordy goblinów, hobgoblinów i goborów, a także towarzyszące im watahy wilczych jeźdźców. Za nimi z kolei szły gnolle, potem jeszcze straszliwsze monstra ~ goriashe, mastugi i gwardia Morglitha. Dalej posuwały się wielkie gromady martwiaków, w górze śmigały gryfony i orły sępie. Wojska posuwały się szybko naprzód. Nad sprzymierzonymi zawisło straszliwe niebezpieczeństwo, a Lahagan ciągle nie wracał z gór.

Już wkrótce armia Morglitha paląc, łupiąc i równając z ziemią wszystko, co spotkała na drodze, dotarła do podnóża Allarionu, bronionego przez elfy i garść ludzi. Gobliny i dzikie trolle uderzyły nań z marszu, ale zostały krwawo odparte, zatem Ranblun, dowodzący przednią strażą, nakazał wstrzymać ataki do nadejścia reszty wojska. Obrońcy byli przerażeni. Siły Balamora stukrotnie przewyższały ich najśmielsze nawet przypuszczenia. Ponad trzystumilowa równina pod twierdzą nie była w stanie pomieścić wszystkich oddziałów, dowodzonych przez Morglitha. Dowódcy elfów byli bliscy rozpaczy i niektórzy nawet zaczynali błagać Olgriona, by wycofał się w góry tajnymi, górskimi tunelami pod twierdzą i nie skazywał tak wielu elfich rodów na zagładę. Ale Olgrion nie chciał uciekać. Gdy go przekonywali, wyjął z kołyski swoje nowo narodzone dziecię, po czym przystawił mu miecz do piersi i utoczył nieco krwi.

– Widzicie, oto krew mojego pierworodnego Fedrila – powiedział do nich głosem, od którego przeszły ich ciarki. – Na krew jego i moją przysięgam, że nie opuszczę tego miejsca. Nie mamy dokąd iść. W górach dopadłby nas głód, a pozostałe miasta pełne są uchodźców. Zaś na równinach i w dolinach panuje Balamor. Lepiej zginąć w walce, w chwale i sławie, w mieście, które daje nam jaką taką ochronę, niż zostać rozgniecionym przez przeważającego wroga, albo skazać nasze żony i dzieci na niewolę gorszą od śmierci!

W jego słowach było tyle hartu i odwagi, że wszyscy natychmiast złożyli podobną przysięgę, postanawiając bronić się do końca. W tym czasie nadciągnął już i sam Morglith, który, obejrzawszy twierdzę, nakazał przypuścić jeszcze dwa szturmy. Obydwa zostały odparte. Zaciekłość obrońców była tak wielka, że w szale wypadli poza mury za pierzchającym wrogiem, po czym zadali mu straty tak znaczne, że Morglith musiał odpierać ów atak świeżymi posiłkami. Tym bardziej jednak wzrosła w nim zaciekłość i chęć odwetu. Poprzysiągł, że zdobywszy twierdzę, nikogo żywym z niej nie wypuści. Pod jego kierunkiem trolle i gobory, a także ludzie-renegaci zaczęli sypać zbliżające się ku murom pochylnie i podtaczać ku basztom wieże oblężnicze. Zastępy goblinów przebijały się przez skałę, aby dostać się do twierdzy od dołu. Morglith otoczył Allarion ciasnym pierścieniem wałów. Potem katapulty poczęły wyrzucać kamienie i ogniste kule na miasto, wywołując panikę i wzniecając pożary. Latające ponad miastem gryfony porywały znienacka elfy z murów. Obrońcy wkrótce padali z nóg ze zmęczenia. Olgrion dwoił się i troił. Walczył ramię przy ramieniu z prostymi wojownikami na murach, słał niechybne, niosące śmierć strzały w ciżbę wrogów. Pomagał łatać głazami wyłomy w murach. Ale śmierć zbierała coraz większe żniwo pośród elfów. Na koniec, widząc swoją przewagę, Morglith nakazał ostatni, wielki szturm. Rzucił do boju czwartą część swych sił, bo tylko tyle zmieścić się mogło wokół twierdzy. Tej strasznej nocy w setkach miejsc do muru przystawiono drabiny. Dziesiątki machin i taranów skruszyło blanki, a jednocześnie gobliny i gnolle przebiły się przez skały, wdzierając do niższych pomieszczeń twierdzy. Ze wszystkich stron runęły do wnętrza Allarionu krwiożercze hordy napastników. Nastała rzeź, dzień bez końca…

Żołnierze Morglitha nie oszczędzali nikogo i niczego. Każdego elfa napotkanego z bronią w ręku zabijano na miejscu. Dzieci i kobiety topiono w studniach, bito i mordowano z przeraźliwym okrucieństwem. Rzekłbyś, że wszelkie miłosierdzie i litość zniknęły z powierzchni Orchii…

Sam Olgrion poległ ponoć jako jeden z ostatnich. Do końca bronił się na samym szczycie murów, śląc strzały we wszystko, co ruszało się po stronie nieprzyjaciół. Aż wreszcie, gdy w kołczanie wyczuł pustkę, dobył miecza, po czym z rodowym zawołaniem Atharved! Atharved! runął na przeciwników. Widząc swój lud, ginący w męczarniach, zapłonął takim gniewem, że przeciwnicy cofali się, zdumieni. Uderzał jak szalony, rozbijając głowy, przecinając piersi, kłując brzuchy i serca. Trawiony bitewnym szałem, dotarł tak do samego Morglitha. Tu drogę zastąpił mu Mablung ~ ludzki renegat w czerwonej zbroi, ozdobionej naszyjnikiem z głów elfich dzieci. Ujrzawszy je, Olgrion krzyknął tak straszliwie, że jego głos wniósł się ponad jęki mordowanych i bitewną wrzawę. Potem runął wprost na Mablunga. Miecze starły się ze sobą, zadźwięczały w dzikiej furii. Mablung, rycząc złowieszczo, pchnął swym czarnym mieczem, ale Olgrion odparował podstępny sztych i sam uderzył z góry, a ostrze klingi strzaskało hełm i czerep renegata. Krzyk straszny dobył się z piersi pozostałych gwardzistów Morglitha; cofnęli się, zasłaniając swego pana, lecz ten uderzył ostrogami demonicznego wierzchowca, po czym, tratując własnych ludzi, ruszył na szalejącego elfa. Olgrion podniósł miecz i ciął, ale Morglith odbił błyszczące ostrze, zamachnął się młotem i uderzył w odsłonięty kark wroga. Młot strzaskał kości, przygiął głowę Olgriona do piersi, złamał kark… Elf zachwiał się, ale nie padł na twarz przed swoim pogromcą. Odwrócił się i runął na wznak, otwartymi szeroko oczyma wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.

Podniósł się ryk tryumfu, gdy Olgrion runął martwy pod ciosem Morglitha. A w serca tych elfów, które stawiały jeszcze jakiś opór najeźdźcy, wkradło się przerażenie. Wrogowie rzucili się na nie z rykiem zwycięstwa i bitwa przerodziła się w rzeź. Jednak nie wszyscy obrońcy wpadli w ręce żołnierzy Morglitha. Wielu żywych wyratował z matni Tawaran Szary, tajemnymi, podgórskimi tunelami wyprowadzając ich daleko poza obręb miasta. Wśród ocalałych była Niniaere, tuląca do piersi syna Olgriona – Fedrila Złocistego, późniejszego króla wszystkich elfów, założyciela najstarszego elfiego domu.

Ta jednak noc była końcem Allarionu, miasta z alabastru i marmuru, granitu i wapienia. Najeźdźcy zniszczyli wszystko. Zburzyli domy i pałace, zrujnowali ogrody. Ulice, mosty i przejścia spłynęły krwią. Morglith nakazał zburzyć wszystko, zrównać ze skałą całe miasto, tak aby po wieczne czasy zarastały je zielsko i pokrzywy. A potem nakazał wszystkim martwym elfom ściąć głowy i gdy wyruszył później w głąb gór, znaczył tymi wbitymi na pale szczątkami drogę swego przemarszu. Ciało Olgriona kazał przeciąć na cztery części, po czym wysłał każdą z nich do jednej z pozostałych twierdz. Wysłannicy zginęli jednak, zabici przez rozwścieczone elfy, ludzi, krasnoludy i reptillionów, a pamięć o losie Olgriona zmobilizowała pozostałych do jeszcze większego oporu. Elfy pamiętają Allarion do dzisiaj. Przeklęły imię Morglitha, a ten, kto czci dzisiaj go jako boga, uważany jest przez nie za wroga.

Upadek nadchodzącego z ciemności

Świt bielił się jeszcze na wzgórzach, gdy trąby wezwały żołnierzy i bestie do dalszego marszu. Cała zwycięska armia Balamora ruszyła teraz przez górskie doliny w stronę Karak-Garn, największej z krasnoludzkich kopalni, zamienionej teraz w twierdzę. Szła szybko, upojona zwycięstwem, niszcząc każdy ślad po zamieszkałych tu ludziach czy elfach. Już w kilka dni po odejściu od Allarionu, stanęli u stóp Bartwada-duru – Czarnej Góry – strzelistego, ginącego w chmurach szczytu skalnego. Morglith spojrzał trupim wzrokiem na ową sięgającą nieba górę, po czym zadrżał, bowiem zamiast wysokiej, obronnej twierdzy, ujrzał tylko skalne rumowiska, stoki i jary, osłaniające wejścia do krasnoludzkich szybów i sztolni. Górski lud wycofał się do najniżej położonych komnat, wykutych w głębi górskiego masywu, zawalił za sobą przejścia, umocnił te nieliczne, które pozostały i ufny w potęgę skał – oczekiwał nadejścia nieprzyjaciół.

To wszystko wprawiło Morglitha w zakłopotanie. Po raz pierwszy w jego nikczemnym sercu zagościł niepokój. Ale, nie dając nic po sobie poznać, nakazał żołnierzom rozłożyć się obozem na skalistych gołoborzach i wrzosowiskach u podstawy Bartwada-duru. Jego słudzy odnaleźli kilka ukrytych wejść i poczęli czynić przygotowania do szturmu. Morglith był już ostrożniejszy. Po raz pierwszy w swoim życiu miał zdobyć twierdzę taką, jak ta góra. Po raz pierwszy też w ciągu tej kampanii jego wojsko zaznało niewygód – chłodu, wichru i niepewności. Ludzie z Osmundu przekonali się, że nieprzyjaciel nie zamierza zdobywać ich miasta i wysłali w góry liczne oddziały, które napadały znienacka na nie spodziewających się niczego niewolników Balamora. Hildum pomagał krasnoludom, atakując tyły rozłożonej pod Karak-Garn armii.

W tym czasie ukończono przygotowania do szturmu. Morglith przewodził mu osobiście. Ale tym razem zakończył się on straszliwą klęską – ponoć kosztował więcej ofiar niż całe oblężenie Allarionu. Po raz pierwszy słudzy Balamora zetknęli się z bojowym hartem i odwagą krasnoludów. W kilku miejscach zaledwie udało im się wedrzeć do wnętrza góry, zdobyć kilka podziemnych sal. Krasnoludy walczyły z dziką determinacją, nie cofały się ani na krok przed przeważającym liczebnie wrogiem. Warunki, w jakich przyszło im walczyć były straszne. W niektórych z korytarzy i przejść powietrza brakło tak bardzo, że gasły pochodnie. W innych leżały całe zwały trupów. Ale przewagę miały zawsze krasnoludy. To one wiedziały, gdzie się znajdowały ślepe przejścia, wiodące do bezdennych, niebezpiecznych czeluści i rozpadlin czy zdradliwe chodniki, które grzebały całe oddziały trolli i goblinów.

Długo trwały te mordercze zmagania. Ale po wielu miesiącach, gdy oblężonym nie stawało już sił, żołdacy Balamora zaczęli spychać ich w kierunku serca góry. Jednocześnie Morglith z szatańską przebiegłością nakazał odnajdywać ukryte w zboczach szczeliny i otwory kominów, którymi w głąb góry przedostawało się powietrze, po czym rozpalał u ich wylotu wielkie, magiczne ognie, by dymem wykurzyć krasnoludy z ukrycia. Jednocześnie słał posłańców do Balamora z prośbą o posiłki. Demon wyprawił mu na pomoc wiele nowych hord troili i goblinów, wspierał walczących potęgą swej nienawiści. W wojska Morglitha wstąpił nowy duch. Renegaci, goriashe i inne bestie zaczęły walczyć jak szalone, a korytarze i komnaty Kazak-Garnu znowu zabarwiły się krwią. Krasnoludy cofały się – zawalając za sobą pomieszczenia i burząc mosty nad rozpadlinami. Zatrzymały się dopiero w najgłębszych kazamatach u korzeni Bartwada-duru. Morglith, widząc taki obrót sprawy, pozostawił większość swoich sił pod Karak-Garn, a sam z pozostałą częścią wyruszył na Osmund, aby zająć tę twierdzę niespodziewanym atakiem. Armia złożona z troili i hord goblinów ruszyła ku północnemu zachodowi. Niespodziewanie pojawiła się pod Osmundem, rozpoczynając oblężenie. Ponieważ cytadela ludzi, w której schroniło się także wiele elfów i krasnoludów, nie należała do najsilniejszych, pomiędzy obrońcami zapanowała trwoga. Już po pierwszych szturmach przekonali się, że upadek Osmundu jest tylko kwestią czasu i oblężenie skończy się podobną rzezią jak w Allarionie. Pośpiesznie wysłano tajnymi drogami gońców do Reptilliongardu z prośbą o pomoc, skąd wyruszył natychmiast duży zastęp wojowników prowadzony przez Rumoda Mocnego. Reptillioni wpadli jednak w dolinie Kamiennych Iglic w zasadzkę trolli i zostali wybici do nogi. Oblężeni stracili wszelką nadzieję, jednak przysięgli bronić się aż do śmierci i z najwyższym męstwem odpierali kolejne szturmy Morglitha.

W tym czasie, gdy szala zwycięstwa coraz mocniej przechylała się na rzecz sił ciemności, Lahagan Srebrzysty trwał w ciszy i spokoju w swojej grocie. Pogrążony w rozmyślaniach nad sposobami ratunku, nie czuł upływających godzin ani dni. Nie czuł zimna, głodu, nie słyszał szmeru wody, nie był świadom otaczających go ciemności. Myślał… Wiedział dobrze, że w otwartej walce nawet połączone siły wszystkich ras nie są w stanie stawić czoła Balamorowi. Żadną miarą nie odniosą zwycięstwa w polu. Ale przecież nawet w mrocznym imperium demona, Lahagan był o tym święcie przekonany, musiał istnieć jakiś słaby punkt. Ale jaki? Tego właśnie nie mógł odkryć.

Po całych miesiącach rozmyślań i modlitwy, gdy gotów był już sam złożyć siebie w ofierze bogom, aby tylko zbawić swój lud, zrozumiał nagle, że największą słabością Balamora jest sam książę demonów. To on mocą swego mrocznego umysłu utrzymywał wszystkich niewolników w posłuszeństwie, grozą i strachem kierował niezliczonymi armiami. A zatem zwyciężenie Balamora wcale nie wymagało wielkiej i krwawej bitwy w polu. Wystarczyło jego samego pokonać w walce. Ale kto mógłby zmierzyć się z Balamorem? Chyba tylko ktoś równie potężny jak on sam. Ale gdzie kogoś takiego znaleźć?

Raz jeszcze zwrócił się do bogów z prośbą o radę. Tym razem odpowiedzieli. Poczuł, jak w jego ciało zaczyna wstępować wielka, nie znana mu dotąd moc. Już wiedział, już domyślał się, kto miał być tym wybranym. Podjął decyzję, a wtedy wszystko zawirowało wokół niego w oszałamiającym tańcu. Podniósł się powoli. Gdy krzyknął, skalne czeluście odpowiedziały mu gromowym echem. Gdy oparł się ręką o kamienną ścianę, poczuł, że jest w stanie obalić górę. Otworzył oczy i stwierdził, że wzrokiem przebija bez trudu otaczające go ciemności, a nawet skały i kamienie. W ten sposób dostrzegł wszystko, co wydarzyło się na świecie w czasie jego nieobecności. Pośpiesznie odrzucił przegradzające wejście kamienie. Gdy wyszedł na zewnątrz, był wczesny, zimowy poranek. W słabym blasku słońca dostrzegł przed sobą niewyraźną sylwetkę białobrodego starca. Gdy spojrzał mu w oczy, ugiął się, bowiem biła z nich tak wielka siła i moc, że nie mógł wytrzymać tego spojrzenia.

– Witaj wśród nas, synu – powiedział tamten. – Bądź pozdrowiony, Lahaganie. Swą wytrwałością i mądrością dowiodłeś, że jesteś godzien, aby przebywać tam, gdzie jesteśmy my wszyscy. Idź zatem i uczyń teraz to, co postanowiłeś…

– Ale czy starczy mi sił? – zapytał Lahagan. – Czy mogę być pewny drzemiących we mnie mocy? Czy nie opuszczą mnie w potrzebie?

– Weź to – uśmiechnął się starzec, po czym podał mu duży, szary kamień z otworem pośrodku. – Osadź ten głaz na stylisku i uderz nim o kowadło. Wtedy zobaczysz…

Lahagan odruchowo ujął kamień, a starzec uśmiechnął się, skinął mu głową i zniknął. Król reptillionów domyślił się, że był to Asteriusz Wielki, najmędrszy spośród bogów.

Długo trwało, nim Lahagan podniósł się z kolan, po czym z bijącym sercem ruszył w dół górskiego zbocza. Wszystko wokół niego było niejasne i zamglone. Wszystko spowijał ból i cierpienie. Gdziekolwiek spojrzał, widział nieszczęścia, wojnę i śmierć. Wiedział, co stało się z elfami w Aliarionie, słyszał jęki umierających krasnoludów w Karak-Garn, bojowe okrzyki ludzi i elfów, odpierających ataki w Osmundzie. Czuł ból reptillionów po stracie najlepszych wojowników w dolinie Kamiennych Iglic. Był pewien, że wszystko zależy tylko i wyłącznie od niego, więc maszerował niestrudzenie w dół, a w głębi jego duszy narastał gniew. Idąc szybko, zstąpił wkrótce ze śnieżnych zboczy, wszedł w zielone doliny, a potem spostrzegł na błękitnym, górskim jeziorze poniżej wyciągające się ku niebu, kamienne mury Reptilliongardu. Już wkrótce wszedł między domy. Natychmiast poznano króla i otoczyły go tłumy. Rozległy się okrzyki radości. Powrócił władca i wszyscy spodziewali się, że teraz poprowadzi ich na nową wojnę z siłami Balamora. Lecz Lahagan zatrzymał się na wielkim placu miasta, a potem wzniósł modły do Asteriusza Wielkiego, Dagonina Białego i pozostałych bogów. Na koniec wstał, po czym rzekł:

– Słuchajcie mnie, reptillioni. Powróciłem do was jedynie na krótki czas, aby uwolnić wszystkich od wielkiego zła, które zagnieździło się daleko na południu. Nie jestem już waszym królem. Nie będę i nie mogę być, bowiem wkrótce muszę odejść tam, gdzie kieruje mnie przeznaczenie. Zegnajcie zatem i bądźcie w przyszłości szczęśliwi, a ja przyrzekam wam, że nigdy o was nie zapomnę. A teraz muszę iść na moją ostatnią bitwę z siłami mroku! Bądźcie szczęśliwi!

Płacz powszechny dał się słyszeć, gdy wypowiedział te słowa. Członkowie jego rodu prosili go, aby zaniechał swoich planów i został z nimi, Lahagan wszakże wstał z kolan i ruszył do największej w mieście kuźni. Tu własnoręcznie wykuł ze srebra i żelaza, a także wytrzymałej miedzi, odporne na ciosy stylisko. Potem osadził w nim tajemniczy kamień, otrzymany od Asteriusza Wielkiego. Gdy to uczynił, uderzył nim mocno w kowadło. Kamień zaiskrzył się i w szczelinie pokazało się coś srebrnego. Lahagan uderzał raz za razem, aż wreszcie warstwa kamienia pękła na setki małych odłamków i spod niej wyjrzała głowica bojowego młota. Lśniła tajemnym, srebrzystym blaskiem gwiazd, ozdobiona delikatnym ornamentem lilii i górskich kwiatów – dziewięćsiłów. Lahagan i wszyscy obecni patrzyli na broń z zachwytem. A gdy król reptillionów podniósł ją w górę, a potem uderzył w kowadło, błysk słońca odbitego w srebrzystej stali oślepił wszystkich, a dźwięk uderzenia – czysty, głęboki, zabrzmiał jak głos kryształowego dzwonu. Lahagan uśmiechnął się w duszy, a potem, nie żegnając się z nikim, opuścił Reptilliongard i ruszył na południe. Wiedział, że musi się śpieszyć. Krasnoludy broniły się ostatkiem sił, w Osmundzie tarany Morglitha druzgotały bramy. Jeśli obie twierdze by padły, droga do Reptiłiongardu stałaby otworem.

Ciężka była wędrówka Lahagana na południe. Do Czarnych Gór było daleko. Poza tym, choć armie Balamora stały pod Karak-Gam i Osmundem, po Górach Północnych krążyło wielu maruderów, grabiących i zabijających kogo tylko się dało. Lahagan unikał dezerterów. Sobie tylko znanymi ścieżkami przekradał się na południe, aż w końcu stanął u stóp górskich zboczy, na progu wielkiej równiny, między północą a południem Górolądu. Dostawszy się na niziny, Lahagan maszerował pewnie, kierując się ciągle ku widocznym nad drzewami puszczy górskim szczytom. Bardzo dziwne było, że Balamor nie wiedział nic o tym, iż zbliża się jego największy, nieubłagany wróg. Ale demon niewiele uwagi poświęcał otoczeniu. Całą swoją wolę skupił na przebywających pod Osmundem i Karak-Garn wojskach. Nie niepokojony przez kogokolwiek Lahagan dotarł więc do Czarnych Gór. A potem podniósł wzrok i ujrzał przed sobą mroczne, wznoszące się stromo ku górze zbocza Noman Ard, a na samym szczycie czarną, rozjarzoną blaskiem ogni warownię Balamora. Gdy na nią spojrzał, w jego duszy zakipiał gniew i, nie bacząc na nic, pobiegł w górę po wykutych w Ścianie stopniach. Straże chciały zastąpić mu drogę, lecz gdy podniósł swój bojowy młot, wydobył się zeń srebrny blask, a martwiaki i goriashe uciekły w trwodze. Lahagan zdecydował się nazwać swą broń Gwiazdą Reptillionów.

Balamor wreszcie dowiedział się, że przybył jego śmiertelny wróg. Uśmiechnął się w głębi swego czarnego umysłu, widząc, że Lahagan sam wpada w jego sidła, a potem chwycił garść błota ze swego legowiska w podziemiach twierdzy i uformował z niego czarny, buchający ogniem miecz. Potem przybrał postać wysokiego mężczyzny o czerwonych oczach i czarnych, rozwianych włosach. Gdy tylko Lahagan wstąpił na gigantyczny dziedziniec, żelazna krata opadła za nim, odcinając odwrót. Nie czując lęku, reptillion ruszył szybko poprzez mrok w stronę żelaznych wieżyc Noman Ard. Lecz z głównego wejścia wyszła mroczna i potężna postać. Lahagan wiedział od razu, że jest sam na sam z Balamorem.

– A więc przyszedłeś złożyć mi hołd – zakpił demon. – Na kolana głupcze!

– Nie, żałosny odmieńcze! – odparł Lahagan. – Przyszedłem, aby odesłać cię do otchłani, z której ty przyszedłeś.

– A więc myślisz, że mnie pokonasz? – uśmiechnął się Balamor. – Myślisz pewnie, że twoi sprzymierzeńcy obdarzą cię za to łaską i nagrodami? Żałosny głupcze! Nawet nie jesteś świadom, jak okrutna będzie najbliższa przyszłość dla ciebie i twego ludu!

– Nie wierzę ci – odparł cicho Lahagan, a potem ruszył wprost na demona. Balamor cofnął się, a potem rzucił na przeciwnika potężną iluzję, chcąc ukazać mu jego klęskę. Kapłani Katana powiadają dzisiaj, że nie była to wcale iluzja, lecz obraz tego, co stać się miało z reptillionami za kilka tysięcy lat, w czasie wojny z Kartanem. Lahagan zamarł. Ale gdy Balamor ucieszył się już, że złamał swego wroga, reptillion ruszył nań ze wzniesionym młotem.

Brakuje słów, aby opisać tę walkę. Król uderzył pierwszy, Balamor odbił uderzenie, ciął ognistym orężem, krzesząc iskry, wzbijając kłęby czarnej mgły i błyskawice. Walczących otoczyła wkrótce chmura dymu, a nad Czarnymi Górami rozpętała się burza. Walka trwała długie godziny. Gwiazda Reptillionów krzesała iskry, szczerbiła szatański oręż demona. Aż wreszcie brzeszczot pękł na kawałki. Balamor zwinął się, rycząc z grozy, a potem błyskawicznie przedzierzgnął w olbrzymiego węża o krwawych oczach i płomienistej paszczy z dwoma rzędami kłów. Lahagan uderzył młotem, miażdżąc ogromne cielsko. Balamor znowu przybrał ludzką postać, po czym cisnął w reptilliona grom. Lahagan odbił czar i sam uderzył w Balamora piorunem, całą mocą swej boskości. Wówczas demon przedzierzgnął się w ogromnego wilka i uciekł w stronę najbliższej z wież. Lahagan pędził za nim, zadając młotem rany, a wilcze wycie Balamora poniosło się aż do Karak-Gornu i Osmundu. Armie Morglitha zadrżały, słysząc krzyk bólu swego pana, zamarły, pozbawione wsparcia. Tymczasem Balamor wpadł pędem na kręcone schody, wiodące do czeluści pod górami, gdzie było jego legowisko. Rozpoczęła się walka na schodach. Demon cofał się, odpierał ataki Lahagana. Góra drżała od ciosów, a w jej szczyt biły błyskawice.

W miarę upływu czasu schodzili coraz niżej i niżej. Książę Demonów, wróciwszy do dawnej, ludzkiej postaci, cofał się ciągle w nadziei, że Lahagan poniecha pościgu, ów jednak nie ustępował i w końcu dosięgnął wroga młotem w plecy. Balamor krzyknął z bólu, rzucił się reptillionowi do gardła, a wówczas król straszliwym ciosem zmiażdżył mu czaszkę. Strącił konającego w dół, w głąb niezbadanych, podgórskich otchłani. Balamor runął w dół krętych schodów, oznajmiając swe odejście straszliwym rykiem przerażenia. Lahagan rzucił nań półboską przemianę i za spadającym zamknęły się wrota Otchłani…

Gdy zginął Balamor, jego oblegający Karak-Gam i Osmund niewolnicy zawahali się, a potem poczęli uciekać na wszystkie strony, nie słuchając rozkazów Morglitha i innych dowódców. Ludzie, elfy i krasnoludy nie ścigały ich ~ nie miały sił, aby to uczynić. Tak oto wiele z potworów, stanowiących armię Balamora, rozproszyło się po świecie i niektóre spośród nich do dziś ukrywają się w jego mrocznych zakamarkach. Z tych, które zbiegły spod rozkazów Morglitha, ocalało niewiele. Zaraz bowiem po odejściu demona, cały świat zatrząsł się w paroksyzmach strasznego kataklizmu. Z nieba uderzyły pioruny, lunęły potoki deszczu. Rzeki wystąpiły z brzegów, a szczyty zadrżały. Cały Góroląd zapadł się w głąb oceanu. Góry runęły, równiny przekształciły się w skalne szczyty. Oblicze Orchii uległo zmianie i stało się takie, jakie znamy dzisiaj. Świat został odmieniony.

Lahagan z trudem wydostał się z wiodących do otchłani schodów. Góry drżały w posadach, zapadając się w głąb ziemi, z nieba strzelały pioruny, wulkany pluły potokami lawy i płomieniami. Wszystko dygotało od podziemnych wstrząsów. Ostatkiem sił król reptillionów wydostał się na trawiastą równinę u stóp Czarnych Gór, a potem, chwiejąc się, ruszył przed siebie. Przeszedł długą drogę po wstrząsanym kataklizmami świecie, aż wreszcie wdrapał się na szczyt skalistego Waloru, złożył młot na kamiennej półce i, położywszy się obok, zapadł w wieczny sen. Spełnił to, co sobie zamierzył. Jego duch, oddzielony od ciała, uniósł się ku sferze egzystencji bogów i został zaliczony do ich grona. Odtąd na całej Orchii Lahagan znany jest jako Reptillion Wielki, który u zarania świata uwolnił świat od największej z bestii. Na szczycie Waloru reptillioni zbudowali później wielkie miasto, a młot Lahagana – Gwiazda Reptillionów – po dziś dzień pozostaje jej największą świętością. Nikt go nie rusza, nikt przez tysiące lat nań się nie połakomił, bowiem gdyby ktoś niepowołany dotknął tej relikwii, spadłaby nań straszna klątwa i skonałby w męczarniach. Powiadają, że dawno temu chciał go zawłaszczyć Kartan – twórca Imperium orków, ale nawet jego zawiodła odwaga, gdy, wszedłszy do świątyni, ujrzał błyszczącą świetliście stal boskiej głowicy…

Po Balamorze i jego Noman Ard zaginął wszelki ślad. Sam demon, wyrzucony przez Reptilliona Wielkiego do Otchani, wykreślony został z tego świata. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odważa się dziś wymówić jego imienia, bowiem może przynieść to nieszczęście. Elfy i wszyscy rozumni wyklęli go i wymazali ze swej pamięci. Dziś na świecie tylko szaleńcy i najbardziej spaczeni spośród wyznawców zła odważają się wyznawać jego kult.

Po kataklizmie jaki nastąpił na świecie, gniazdo demona znikło pod powierzchnią morza, zwanego dzisiaj Złotym, krążą jednakże niepokojące legendy, związane z tym miejscem. Legendy, że najwyższy szczyt Czarnych Gór, z którego do legowiska demona wiodły straszne, długie schody, na których Balamor i Lahagan toczyli walkę, wynurzył się spośród fal jako mała wysepka. Niektórzy sądzą, że jest nią wyspa Smoczy Karal w ciągu Gutum-Guru lub też leżąca w jej pobliżu Wyspa Piasków. Inni z kolei wskazują na Wyspy Kocie lub Smocze, jako że drzemiące w szczątkach Noman Ard zło ściąga do siebie stwory ciemności. Krążą opowieści, zapewne słuszne, że w ruinach gniazda demona ukryto gigantyczne skarby. Pogłoskom tym dał się zwieść niegdyś książę Osmundu – Elibald, który, szukając przez lata skarbów demona, znalazł tylko resztki potężnych ruin – ślady, świadczące o dawnej potędze Balamora (dopisek na marginesie Wielkiej Księgi).

Od tej chwili poczyna się historia antycznej Ochrii.

Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *